Przed przyjazdem do wiecznego miasta wiele słyszałem, że tutejsze zachody słońca podziwiane z okolicznych wzgórz są, no wiecie, magiczne, romantyczne, jedyne w swoim rodzaju. No to skoro już tu jesteśmy, to w ten sposób chcemy zakończyć dzień. Szukam w necie najbliższego punktu widokowego i znajduję Terrazza del Pinzio . Kompletnie nie wiemy czego tam się możemy spodziewać, ale nazwa brzmi ciekawie. Dlaczego nie napić się tam wina, podziwiając zachód słońca i panoramę miasta? Trzymając się z daleka od głównych szlaków turystycznych wychodzimy na Pizza del Popolo. Stamtąd kilka minut zakosami pod górę i jesteśmy na szczycie wzniesienia.
Okazuje się, że jest tam piękny park, ławeczki, i praktycznie zero turystów. Japy się nam cieszą, bo widok z tego miejsca na Rzym jest niesamowity. Rozkładamy się na trawniku, wyciągamy wino, krakersy i kontemplujemy spokój. Oprócz nas na kocykach zalegają młodzi Włosi. Klimat bardzo luźny.
Takiego Rzymu szukałem i mam go właśnie w tej chwili. Widoki z tego miejsca są faktycznie kapitalne. Oczywiście Ola trzaska dziesiątki fotek. Leżę na trawie i nadal nie dowierzam, że tu jestem, że udało mi się wreszcie dotrzeć do Rzymu, a do tego właśnie znajdujemy się w tak nieoczywistym miejscu.
Jedyne, co mnie dziwi w tak kapitalnej miejscówce, to mała liczba turystów. Dochodzimy z Olą do wniosku, że na taki stan rzeczy wpływ ma to, że dziś jest czwartek. Podejrzewamy, że od jutra zapewne będą tu tłumy.
Miło się nam tak leżakuje na tej włoskiej trawie, ale czas ruszyć do domu, a raczej do naszej ulubionej trattorii na kolację. Może wydawać się to dziwne, że postanawiamy wrócić w to samo miejsce co wczoraj, że nie szukamy czegoś innego, lepszego. Oboje stwierdzamy, że jak my to nazwaliśmy „U Andrzeja” nam pasuje. Klimat super, jedzenie smaczne i blisko stamtąd do naszego hotelu. Dźwigamy cztery litery i zmierzamy w kierunku paśnika. Schodząc ze wzgórza okazuje się, że trochę niżej widok na miasto jest równie ekscytujący, co z głównego tarasu.
Bardzo nas zaskakuje fakt, że w pewnym momencie znajdujemy się znowu na górze Hiszpańskich Schodów. Położenie tych dwóch miejsc jest dla nas niespodzianką. Wcześniej jakoś nie połapaliśmy tych miejscówek na mapie. Okazuje się, że są one dosłownie po sąsiedzku.
Do „Da Andrea” docieramy po małych perypetiach z mapą, a raczej z naszą percepcją. Jak dwa osiołki nie możemy prawidłowo odczytać wyświetlonej drogi do trattorii. Chwile krążymy po okolicy. Jesteśmy już trochę zmęczeni i marzymy tylko o dobrym posiłku i lampce wina. Po drodze zastanawiamy się, czy znajdzie się dla nas miejsce. Kiedy dostrzegamy znajomy szyld i wchodzimy do środka okazuje się, że „nasz” stolik jest wolny.
Rozsiadamy się wygodnie, a po chwili podchodzi do nas kelnerka, zostawiając nam kartę. Dziś zdecydowanie stawiam na makaron z owocami morza. Olka też uderza w owoce morza, ale z ryżem. Nie odmawiamy sobie oczywiście białego wina.
Mimo, że kilka stolików jest zajętych, to o tłoku mowy być nie może. Atmosfera bardzo luźna. Włosi potrafią cieszyć się jedzeniem. Zdecydowanie jestem fanem takich miejsc jak to. Bez napięcia, sztywniactwa, można cieszyć się tym, co wyda kuchnia. Makaron jest obłędny z niesamowitym aromatem muli. Risotto Oli też wygląda zacnie. Nie spieszymy się z jedzeniem. Po pierwsze jest tak dobre, że chciałoby się powiedzieć: „Chwilo trwaj”. Po drugie chcemy cieszyć się atmosferą lokalu. Przy kolacji planujemy nasz kolejny dzień w Rzymie. Kiedy zdecydowaliśmy się, że przylecimy do Wiecznego Miasta oboje zgodnie stwierdziliśmy, że dzień poświęcimy na wizytę nad morzem.


