W momencie, w którym my tu jesteśmy nikt nie konsumuje niczego innego. Na stołach królują francuzeczki. Taki widok utwierdza nas w tym, że dotarliśmy w odpowiednie miejsce. Niestety kelnerka obsługująca ogródek uświadamia nas, że nie ma stolika dla czterech osób. Oferuję nam tylko dwuosobowy. Monika i Ala patrzą na siebie i jednogłośnie twierdzą, że nie są głodne. Zostawiają nas, a same idą na kawę. Umowiamy się, że jak się tu ogarniemy z tematem, to będziemy łapać się „na telefon” i gdzies się spotkamy. Mimo, że też głodny raczej nie jestem, to chętnie potowarzyszę Markowi w jego kulinarnych doświadczeniach. Rozsiadamy się przy stoliku. Pani z obsługi przynosi nam kartę dań. Królowa w tej karcie jest tylko jedna 😉 .
Wcinając zastanawiamy się czy da się to odwzorować w naszym kraju i samemu taką kanapkę zrobić. Po głębszej analizie i ożywionej dyskusji dochodzimy do wniosku, że nie. Trzeba koniecznie przyjechać do Porto, wpaść do Santiago i spróbować jej tu na miejscu. Myślę, że nigdzie indziej nie będzie ona tak smakować. Jeśli kiedyś zawędrujecie w pobliżu tego lokalu to naprawdę warto tam zajrzeć. Na „francesinhe” tylko do Cafe Santiago.
Oprócz jedzenia nasza uwagę przykuwa kelnerka, która sama ogarnia cały ogródek. Przyjmuję zamówienia, dba o czystość, roznosi posiłki, odbiera rachunki. Kiedy my siedzimy przy stoliku i raczymy się daniem, ona dba o klientów. Młoda kobieta robi genialną robotę. Uwija się jak pszczółka. Dawno nie widziałem tak ciężko i z takim zaangażowaniem pracującej obsługi. Do tego wszystkiego cały czas jest uśmiechnięta. Osobiście jestem autentycznie pod wrażeniem, tym bardziej, że ten uśmiech nie jest sztuczny. Po jej zachowaniu widać, że mimo iż ciężko pracuje, to chyba lubi to co robi. Przynajmniej ja tak to widzę.