W drodze do Watykanu.

Spało się mi bardzo dobrze. Trochę gorzej Oli, bo podobno wydawałem z siebie odgłosy chrapania. Pewnie tak, dlatego ja zawsze staram się ze sobą zabierać stopery do uszu 😉 . Olka zbagatelizowała moją sugestię dotyczącą tego aspektu i chyba się nie wyspała. Zabieram się za śniadanie. Na stole lądują słodkie rogaliki z paczki, solone chipsy, szynka parmeńska, pyszny ser i oczywiście wino. Śniadanie mistrzów! Kiedy moja towarzyszka patrzy na ten zestaw nie dowierza, że tak wygląda nasz najważniejszy posiłek dnia 😉 . Śniadaniowym hitem są solone chipsy zawinięte w szynkę parmeńską. Tak to już jest na „zmysłowych” wyjazdach. Czasem zdarzają się takie kulinarne wariacje.
Popijając wino postanawiamy, że nasz wczorajszy plan będzie dziś wcielony w życie. Słowo stanie się ciałem. Odwiedzimy Watykan! Pakujemy nasze plecaki i wyruszamy w drogę, by móc odwiedzić kolejne państwo. Jestem podekscytowany perspektywą dzisiejszego dnia. Do pełni szczęścia brakuje mi tylko kawy. Potrzebuję kofeiny jak diabli. Idąc ulicami rozglądam się za jakąś ciekawą kawiarnią, gdzie będę mógł przyjąć espresso.
Przyglądam się miastu i temu, co dzieje się dookoła nas.  Rzym budzi się do życia. Mimo stosunkowo wczesnej pory ruch jest jak w mrowisku. Po ulicach mkną skutery, motocykle. Rzymianie jadą do pracy. Co jakiś czas słychać klaksony samochodowe. Przejście przez jezdnię stanowi nie lada wyzwanie. Podziwiając architekturę zauważam, że pewne kamienice różnią się od reszty  tym, że posiadają przejścia w postaci bram. Zaciekawiony tym spostrzeżeniem przechodzę przez jedną z nich i trafiam na oazę zieleni. Co ciekawe zgiełk dobiegający z ulicy praktycznie cichnie. Z tego co widziałem do tej pory, to Rzym nie jest zbyt zielonym miastem. Dlatego pewnie mieszkańcy sami organizują sobie takie enklawy, które ukrywają na tyłach kamienic. Miejsce, do którego trafiamy wygląda kapitalnie. Widać, że mieszkańcy bardzo o nie  dbają.

Czuję, że mój głód kofeinowy się wzmaga. Ubolewam, że Ola nie podziela mojej miłości do małej czarnej. Zawsze miło jest napić się kawy i celebrować takie chwile w towarzystwie. W pewnym momencie przy ulicy widzę kawiarnię. Nie jest ona standardowa, bo zrobiona z kontenera. Można wejść do środka, ale generalnie więcej miejsca jest przy stolikach stojących na chodniku. Idealne miejsce, żeby po drodze strzelić espresso. To, co mnie intryguje to fakt, że w większości przy stolikach siedzą, stoją opierając się o blat młodzi ludzie w białych lekarskich fartuchach. Miejsce to nie wygląda jakoś szczególnie, natomiast „kawoszy” jest mnóstwo. Widząc tylu ludzi cieszę się, że będę miał towarzystwo.
Zamawiam podwójne espresso i oddaję się przyjemności. Pijąc kawę cały czas zastanawiam się, co to za miejsce i kim są ci wszyscy w białych fartuchach? Ola czeka na mnie cierpliwe. Kończę „ładować się kofeiną” i mówię jej o swoich przemyśleniach. Rozglądam się po okolicy i widzę po obu stronach ulicy duże gmachy. Łącząc spostrzeżenia dochodzę do wniosku, że jesteśmy w sąsiedztwie jakiegoś szpitala. Olka spogląda w stronę tabliczki widniejącej na jednym z budynków, śmiejąc się mówi mi, że owszem jest to szpital, ale psychiatryczny. Uśmiecham się, bo nie wiem dlaczego, ale jakoś bardzo dobrze czułem się w towarzystwie tych wszystkich lekarzy 😉 .
My tu gadu gadu, a Watykan wzywa. Funkcje nawigatora przejmuje Ola. Idę za nią jak owieczka i szczerze mówiąc odpowiada mi ta rola. Nie muszę się niczym przejmować. Łapię się w pewnym momencie na tym, że nawet gdybyśmy do Watykanu nie trafili to i tak będzie super. Z racji tego, że czasu mamy bardzo dużo, to nie spieszymy się wcale. Doceniam ten stan rzeczy. Takiego wakacyjnego luzu nauczyła mnie Lizbona. Odkąd stosuję się do tej zasady, że wszystkiego nie można zobaczyć, jestem szczęśliwszym turystą. Przemierzamy ulice Rzymu, zaglądając co jakiś czas na dziedzińce mijanych kamienic. Póki co nie jesteśmy jeszcze w części miasta typowo turystycznej. Niestety zwracamy uwagę na wszędobylski syf. Ze smutkiem stwierdzamy, że Włosi o porządek i czystość raczej nie dbają. Przechodząc obok szeregów  kamienic, często dochodzi do nas zapach moczu.
W pewnym momencie mijamy wejście do podziemnego tunelu. Zatrzymujemy się na chwilę i z niedowierzaniem spoglądamy na to, co tam widzimy.  Nie udaje się nam dowiedzieć gdzie prowadzi to podziemne miejsce. Wygląda to na pierwszy rzut oka jak wejście do jakieś stacji metra z tym, że w chwili obecnej pełni role wysypiska śmieci i miejsca, gdzie ludzie załatwiają swoje potrzeby fizjologiczne. Przyglądamy się temu i nie dowierzamy w to, co widzimy. Jak można dopuścić do takiej sytuacji. Nagle podchodzi do nas starszy mężczyzna. Wygląda jak kloszard, nie czuć od niego jednak alkoholem. Przyglądam się  uważnie i dochodzę do wniosku, że jeśli chodzi o ubrania to facet ma po prostu, jak to młodzież mówi, taką „stylówkę”. Widząc nasze miny, zaczyna z nami rozmawiać, a raczej z Olką. Z kontekstu wnioskuję, że mieszka po sąsiedzku. Starszy pan niestety potwierdza, że miasto jest brudne, ale mówi nam też, że ten tunel, nad którym stoimy niedawno był sprzątany, a to czemu się przyglądamy i tak nie jest najgorszym widokiem. Nie wiem, co mam o tym sądzić. Niby jesteśmy w stolicy Włoch, otaczają nas architektoniczne perełki. W zasadzie powiew historii dociera do nas zza każdego rogu ulicy, a tu takie sytuacje. Cóż, właśnie stykamy się z kolejnym obliczem Rzymu. Żegnamy się pięknie ze starszym mężczyzną i ruszamy w dalszą drogę. Spacerując mijamy kolejne kamienice i zabudowania. Pogoda idealna na takie turystyczne chodzenie. Słonko na niebie przygrzewa, ale co ważne nie ma upału. Pora dość wczesna więc i tłumów na chodnikach nie ma.
W trakcie naszego rzymskiego spaceru wchodzimy do parku. Teren zielony, gdzie można złapać oddech. Skryć się w cieniu drzew, siąść na trawie czy ławeczce i rozkoszować się kontaktem z naturą. Orientujemy się po tabliczce informacyjnej, że jesteśmy na terenie ogrodów Borghese. Jest to jeden z większych parków miejskich na terenie Rzymu. Wstęp na jego teren jest bezpłatny. Naszą uwagę przykuwa pewna budowla. Na jednej z jej ścian widnieje wielka podobizna słynnego włoskiego aktora Marcello Mastroianni.
Okazuje się, że jest to budynek kina. Patrzę na Olkę, która stoi pełna zachwytu. Marcello jest jednym z jej ulubionych aktorów. Oczywiście nie może się obyć bez sesji fotograficznej. Nie zagłębiamy się w park, bo szczerze mówiąc nie czujemy takiej potrzeby. Po chwilowym zejściu z naszej trasy wiodącej do Watykanu, wchodzimy na odpowiedni tor i ruszamy dalej.
Idąc zauważamy, że z każdym naszym krokiem wkoło nas robi się coraz  większy tłum. Jesteśmy przekonani, że musimy zbliżać się do jakiegoś ważnego szlaku turystycznego. Nasze przypuszczenia się potwierdzają. Kiedy skręcamy w jedną z bocznych uliczek, zauważam stojącą na tle błękitnego nieba kolumnę.
Nie mamy pojęcia co to jest, jednak bez chwili zawahania idziemy w tym kierunku. Po kilkudziesięciu krokach wychodzimy na taras, z którego rozpościera się piękny widok na miasto. Z tego miejsca widać też kopułę Bazyliki św. Piotra, czyli nasz dzisiejszy cel.
Ola przystaje na moment, rozgląda się i z uśmiechem mówi, że jesteśmy na Hiszpańskich Schodach. Całkiem przypadkowo meldujemy się, w miejscu, które każdy turysta musi zobaczyć. Te schody, na których stajemy są  jednymi z  najszerszych  i najdłuższych schodów w Europie. Można dzięki nim dostać się z Placu Hiszpańskiego do stojącego na górze kościoła Trinia dej Monti. Na tych schodach corocznie odbywają się pokazy mody największych światowych projektantów.
Żeby z placu wejść na szczyt trzeba pokonać 138 stopni. Miejsce to zazwyczaj jest tłumnie oblegane przez turystów, ale na nasze szczęście dziś nie ma tu tłumów. Na spokojnie robimy kilka fotek, siadamy na murku i gapimy się na panoramę miasta. Wyciągam przewodnik i wyczytuję, że wiele kobiet przychodzi w to miejsce w nadziei , że ich piękno i urodę dostrzeże jakiś znany fotograf i zaproponuje im współpracę. Hmm, rozglądam się za tymi przyszłymi gwiazdami okładek magazynów mody i oprócz Oli żadnej nie dostrzegam 😉 .
Pora ruszyć tyłki. Schodzimy w dół i na moment przystajemy przy fontannie, która jest u podnóża schodów. Jej centralnym elementem jest łódź, która jest pamiątką po powodzi jaka miała miejsce w Rzymie w roku 1598. Na to miejsce Tybr, który wymknął się ze swojego koryta wyrzucił łódź. Co ciekawe wody tej fontanny zasila ten sam akwedukt, który pompuje wodę do chyba najsłynniejszej fontanny świata, czyli Di Trevi. My nie zatrzymujemy się w tym miejscu. Spoglądamy tylko jeszcze raz w górę na Hiszpańskie Schody i stwierdzamy, że z tej perspektywy też robią  duże wrażenie.
 Od Watykanu dzieli nas 40 minut spaceru. Nie jest to jednak odległość astronomiczna. Kiedy planowaliśmy z Olą przyjazd do Rzymu, to stwierdziliśmy, że będziemy poruszać się tu piechotą. Plan ten właśnie  jest teraz realizowany. Spacerem po ulicach Rzymu idziemy w stronę Stolicy Apostolskiej. Przechodzimy przez most na Tybrze i z daleka widzimy kopułę Bazyliki. Do Watykanu prowadzi szeroka ulica biegnąca wzdłuż rzeki.
Po prawej stronie dumnie wznosi się Zamek Świętego Anioła. Budowla robi duże wrażenie, ale jakoś nie zdobywa naszego serca. Ola widząc ciekawe miejsce na zrobienie kilku ujęć foto, ciągnie mnie na most. Tam pstrykamy kilka zdjęć i decydujemy się, że zejdziemy nad rzekę. Przechodzimy na drugą stronę. Tam zaraz przy moście trafiamy na schody, które prowadzą nad brzeg Tybru. Bez namysłu schodzimy nimi w dół. Jesteśmy nad brzegiem rzeki. Nikogo oprócz nas tam nie ma. Jest cisza i spokój. Rozsiadamy się wygodnie, wyciągamy winko i ładujemy baterię przed podbojem turystycznym Stolicy Apostolskiej. Wszystko byłoby idealnie gdyby nie to, w jakim stanie znajduje się Tybr. Z racji tego, że wychowywałem się nad rzeką, to jestem przeczulony na tym punkcie. Prawdę mówiąc inaczej sobie wyobrażałem symbol tego miasta. Dobra! Myślałem sobie: „Na ulicach jest syf, to może chociaż rzeka będzie w miarę czysta.” Nic z tego! Woda płynąca korytem swoim kolorem i tym co w niej się znajduje przypomina ściek. Praktycznie nie ma przejrzystości. Wygląda to jak płynący szlam. Jedyne co widać, to leżące przy brzegu w wodzie hulajnogi, rowery i inne przedmioty użytku publicznego.
Widok mocno mną wstrząsa. Człowiek jest fatalnym stworzeniem. Sam niszczy to, co jest wokół niego, nie zdając sobie sprawy z tego, że jest to niezbędne do jego egzystencji, No tragedia! Jedyne, co wprawia mnie w zadziwienie, to ptactwo wodne, które szuka w Tybrze pożywienia. Mimo tego, że stan wody wygląda na fatalny, zwierzęta starają się tam jakoś przetrwać. Szkoda, że ludzie nie dbają o takie rzeczy. Sami sobie robimy kuku. Dziwie się mieszkańcom Rzymu, że taki stan rzeczy im nie przeszkadza. Nie mogę tego pojąć. Podnośmy nasze tyłki, bo pora wreszcie przekroczyć granice państwową i zameldować się ze Zmysłami przez Świat w Watykanie.

 

CDN…