Połonina Wetlińska – Bieszczady do zobaczenia

Rano wcinamy śniadanie i szykujemy się do wyjazdu na szlak. Po wczorajszym deszczowym dniu nie ma już najmniejszego śladu. Na niebie słońce operuje niczym na południu Włoch. Osobiście na dziś miałem inny plan. Po głowie cały czas chodził mi szlak wychodzący z Cisnej prowadzący przez górę Jasło na Okrąglik. Jednak ostatecznie padło na kultową bieszczadzką drogę turystyczną prowadzącą przez połoninę Wetlińską. Samochodami docieramy do parkingu w miejscowości Wetlina. Tam Marek parkuje swoje auto. Z kolei my z Alą i dzieciakami jedziemy na parking przy Przełęczy Wyżnej. Tam Ala nas zostawia i wraca po Mareckich. Po około 30 minutach dowozi ich na nasz parking.  Plan jest taki, żeby po zejściu ze szlaku w miejscowości Wetlina wrócić Marka autem na nasz parking po Toyke, zjechać na dwa samochody do Wetliny żeby zabrać stamtąd całą ekipę. Trochę to skomplikowane, ale dzięki temu oszczędzimy kasę na bus.
Kiedy już jesteśmy w komplecie, ruszamy na szlak oznaczony na mapie kolorem żółtym. Idąc do góry widzę, że wczorajszy dzień przerwy dobrze nam wszystkim zrobił. Humory dopisują, pogoda idealna na szlajanie się po bieszczadzkich trasach. Słowem jest super.
Po ponad godzinnej wspinaczce meldujemy się na połoninie. Widoki kapitalne – ludzi sporo, ale o tłoku nie można mówić. Za sobą zostawiamy słynne bieszczadzkie schronisko Chatka Puchatka. Nie zachodzimy tam ponieważ obiekt jest w tej chwili remontowany. Jesteśmy już trochę głodni, ale postanawiamy, że na posiłek obierzemy sobie po drodze jakieś klimatyczne miejsce w plenerze. Jak zostało postanowione tak zostało zrobione. Po kilku minutach marszu zalegamy na trawie z widokiem, który naprawdę robi na nas wszystkich wrażenie.
Wyciągamy z plecaków wałówę i rozpoczynamy biesiadę. Jest nam tak dobrze, że nie chce się nam tyłków ruszać. Oczywiście nie obywa się bez sesji fotograficznych. Mimo, że można by było tak siedzieć i siedzieć, to niestety czas nas goni. Mając dziś jeszcze w perspektywie pożegnalną kolację w Siekierezadzie, musimy się streszczać. Podnosimy nasze cztery litery i ruszamy w stronę Przełęczy Orłowicza. Idąc podziwiamy kapitalne krajobrazy. Nie dziwię się, że ta trasa uchodzi za jedną z piękniejszych w Bieszczadach. Widoki naprawdę zapierają dech w piersiach. W trakcie marszu jest czas na rozmowy i przemyślenia. Razem z Martą rozmawiam o życiu, szkole i naszych rodzinnych sprawach. Takie chwile są dla mnie bezcenne. Poza tym cieszę się, że mogę to wszystko, co nas w tym momencie otacza pokazać dzieciakom. Mimo, że w chwili obecnej ani Marta, ani Hubert nie wydają się zbytnio szczęśliwi, to mam cichą nadzieję, że zasiane ziarno przyniesie plon i kiedyś zechcą ze mną pojechać w Tatry. Kto wie?
Wreszcie po ponad dwugodzinnym spacerze nasza ekipa dociera do Przełęczy Orłowicza. Jesteśmy na wysokości 1099 m.n.p.m. Tu zatrzymujemy się na moment i zbieramy siły na zejście. Będziemy podążać szlakiem żółtym prosto do miejscowości Wetlina. Rozglądam się i w oddali widzę kolejny szczyt, który można zdobyć. W odległości 20 minut od nas dumnie wznosi się Smerk. Jest dosłownie na wyciagnięcie ręki. Moja natura górskiego łazika daje znać o sobie. Mam nieodpartą pokusę, żeby się tam wdrapać. Niestety mój pomysł nie znajduje uznania. Trochę się nie dziwię, bo dzieciaki już są trochę zmęczone. Poza tym czas zaczyna deptać nam po piętach. Postanawiamy, że Smerk sobie odpuszczamy i schodzimy do Wetliny. W ten sposób ta góra staje się kolejnym powodem, żeby wrócić w Bieszczady. 
Droga na dół zajmuje nam nieco ponad godzinę. Meldujemy się w Wetlinie. Razem z Markiem zostawiamy załogę. Pakujemy się do jego auta i pędzimy po naszą Toykę. Po drodze jeszcze zajeżdżamy do miejscowej stacji paliw, której widok utwierdza mnie w tym, że ta część naszego kraju żyje własnym życiem i w zasadzie to jest bardzo dobre. Tankujemy i śmigamy po nasze auto. Droga tam i z powrotem zajmuje nam około 40 minut. Ekipę zabieramy spod miejscowego sklepu spożywczego, który chyba jest jednocześnie ośrodkiem życia kulturalno – turystycznego. W Cisnej jesteśmy już wieczorową porą. Zamiast na kwaterę jedziemy prosto do Siekierezady na pożegnalną kolację.
Od naszego wspólnego pobytu w Barcelonie jakoś utarło się, że kolację przed wyjazdem jemy w knajpie. Taka świecka tradycja. O dziwo w restauracji jest sporo ludzi, ale „nasz” rodziny stolik ku naszemu pozytywnemu zaskoczeniu jest pusty i czeka chyba specjalnie na nas. Kolacja ma być symboliczna, bo w domu czeka na nas jeszcze pożegnalny grill.
Na stole królują pierogi. Nie spędzamy tam dużo czasu, bo jak wspomniałem w planie jest jeszcze posiadówa w domu. Żegnamy się z Siekierezadą i wracamy na kwaterę. Jest już dosyć późno. Mimo to razem z Markiem odpalamy grilla. Nie mamy wyjścia, bo w domu jest tyle jedzenia, że szok. Nie możemy zabrać tego wszystkiego. Trzeba to zjeść. Nie będzie to łatwe, bo po odwiedzinach w Siekierezadzie miejsca w żołądkach jest naprawdę niewiele. Przy ogarnianiu domowej kolacji okazuje się, że obok naszego domku zameldowała się grupa młodzieży. Przyglądam się im z sentymentem. Pierwsza moja myśl, która wpada mi do głowy jest taka, że czeka nas „ciekawa” noc. Mając na uwadze fakt, że młodzież rządzi się swoimi prawami, to może być głośno 😉 . Ku mojemu zdziwieniu towarzystwo jest bardzo kulturalne i przywraca mi wiarę w młodych ludzi 😉 . Jak się później okazuje młodzi są  ze Szczecina. Byli w drodze ponad 24 godziny żeby tu dotrzeć. Nie mogę wyjść z podziwu. Żeby z jednego końca Polski dojechać na drugi trzeba w podróży spędzić dobę. To jest chore!!! Przecież przez ten czas autem z Polski można dojechać do Chorwacji!!!
 Biesiada przy grillu trawa przy akompaniamencie gitar do późnych godzin wieczornych. Widząc jak nasi sąsiedzi wcinają chińskie zupki postanawiamy, że podzielimy się z nimi tym, co mamy. My uciekamy spać natomiast oni przejmują naszego grilla 😉 . Tak kończy się nasz ostatni wieczór w Cisnej.
Rano po śniadaniu żegnamy się z Bieszczadami. Okazuje się, że w lodówce mamy jeszcze „furę” jedzenia. Te nadwyżki przekazujemy młodym ze Szczecina. Pakujemy walizki i szykujemy się do wyjazdu. Marki wracają do Jeleniej Góry natomiast naszym celem jest Kraków, gdzie będziemy kontynuować urlop, którego zostało jeszcze kilka dni.
Wyjazd w Bieszczady okazuje się strzałem w dziesiątkę. Góry urzekające, magiczne. Klimat niespotykany nigdzie indziej. Ludzie uśmiechnięci, mili i pomocni. Nasza kwatera idealna na tego typu pobyt.  Wszyscy dochodzimy do wniosku, że spędziliśmy tu zdecydowanie za mało czasu. Optymalnie byłoby zakotwiczyć tu na dziesięć dni, żeby mieć czas na góry i na zwiedzanie okolicznych miejscowości. Mam nadzieję, że w przyszłym roku ponownie tu zawitamy, tym bardziej, że zostało kilka szczytów do zdobycia. Poza tym na mojej liście top pozostało jedno miejsce, które chciałem odwiedzić. Znajduje się w miejscowości Chmiel 16. Miałem tam zamiar napić się kawy z ekspresu. Może następnym razem.
KoNiEc …