Jesteśmy coraz bliżej celu. Spoglądam na mapę, gdzie zmniejszający się dystans mówi nam, że obiad coraz bliżej. Cel ukazuje się nam w najlepszym z możliwych momentów. Jesteśmy już naprawdę głodni. Przechodzimy na drugą stronę ulicy i wchodzimy w klimatyczne, kolorowe zabudowania małego miasteczka o wdzięcznej nazwie Vila Nova de Gaia. Jak mówiła nam Dorota ma to być wioska rybacka. Jednak to miejsce nie wygląda tak, jak sobie to początkowo wyobrażałem.
Wszędzie zadbane kolorowe domki. Praktycznie na ścianie każdego z nich azulejlos z katolickimi motywami: Jezus, Maria i wszyscy święci w przeróżnych konfiguracjach. Zauważam, że jest tu bardzo czysto i genialnie pachnie potrawami z grilla. Chwilę kluczymy po ulicach i wreszcie trafiamy do miejsca, gdzie za chwilę zjemy obiad: Casa FC Porto. Nazwa tej restauracji kojarzy mi się z klubem piłkarskim, z którym to Józef Młynarczyk w latach osiemdziesiątych wywalczył Puchar Mistrzów w piłce nożnej. W FC Porto kopało piłkę również kilku innych Polaków, ale to Młynarczyk zdobył z nimi najwięcej trofeów.
Restauracja jest w kolorze niebieskim, czyli w barwach klubu FC Porto. Na fasadzie lokalu i w jego oknach wiszą plakaty z wizerunkami piłkarzy. Od razu widać, że ktoś kto prowadzi ten lokal musi być fanatykiem tej drużyny. Przed wejściem jest ogródek, w którym znajdujemy sobie miejsce.
Rozsiadamy się wygodnie. Przy stołach nie ma praktycznie żadnych turystów tylko my i lokalsi. Klimat genialny. Taki, na jakim nam najbardziej zależy. Podchodzi do nas pani kelnerka. Składamy zamówienie. Prosimy o owoce morza i ryby. Wszystko z grilla, który pali się tuż obok. Natomiast Monika na pierwsze danie życzy sobie zupę dnia. Nie wiemy w zasadzie, czego może się spodziewać. Okazuje się, że dostaje coś na podobieństwo kapuśniaku z tym, że zupa jest po prostu chłodna. Mamy niezły ubaw. Śmiejemy się z tego, bo przy takiej słonecznej pogodzie i iście letniej temperaturze powietrza, szef kuchni poleca portugalski chłodnik 😉 . Jeśli chodzi o nasze dania, to wszystko jest pyszne i świeże. Lepiej zrobionej dorady jeszcze nie jadłem.
Palce lizać. Do tego piwko i wino. Dziewczyny zamawiają sobie sangrię. Porównując jej smak, do tej którą piły na poprzednim wyjeździe w Barcelonie, ta jest wielkim rozczarowaniem. Monika na koniec biesiady zostaje uwiedziona przez słodkości w karcie. Zamawia creme brulle. Kelnerka przynosi jej w małej miseczce deser. Pierwszy kęs i? Deserowa porażka! Budyń potraktowany opalarką. Nie zamawiajcie tego w FC Porto. Ryby, owoce morza, wino tak, tak, tak! Creme brulee nie, nie, nie!!!
Siedząc przy stoliku z przyjaciółmi, czuję się jak na prawdziwych wakacjach. Klimat taki trochę jak w smażalniach nad Bałtykiem z tym, że mniej ludzi i jakoś tak spokojniej. Nikt się nie spieszy. Ludzie się do siebie uśmiechają. Jest genialnie! Zauważam, że przed naszym stolikiem siedzi młoda kobieta z inną dużo starszą od niej. W pewnym momencie z restauracji przynoszą do stolika ciastko z zapaloną świeczką i podają go właśnie tej starszej pani. Wszyscy się temu przyglądamy i wiemy już, że ona ma dziś urodziny i wiecie co? Cały lokal zaczyna kobiecie śpiewać „sto lat”. Przyłączamy się do tej pieśni, mimo, że kompletnie nie znamy portugalskiej wersji 😉 . Staruszka się wzrusza, łzy płyną jej po twarzy. Uściskom i życzeniom nie ma końca!
Spełnieni kulinarnie kończymy nasz obiad. Do stołu podchodzi kelnerka. Pokazuje jej w telefonie zdjęcie Józefa Młynarczyka i pytam czy wie, kim on jest? Młoda tylko wzrusza ramionami i mówi, że ona kibicuje Benfice Lizbona, a fanem FC Porto jest jej szef. Odwraca się na pięcie i odchodzi. Trochę się temu dziwię, bo w lokalu z takim wystrojem każdy pracownik historię klubu powinien mieć w przysłowiowym małym paluszku. Jakież jest moje zdziwienie, kiedy po chwili podchodzi do nas właściciel. Facet po portugalsku zaczyna mi coś mówić o Polakach grających w jego ukochanym klubie. Z kontekstu łapię, że chodzi właśnie o Józefa Młynarczyka. Pada też kolejne nazwisko Grzegorza Mielcarskiego. To kolejny polski piłkarz, który swego czasu również grał w tym piłkarskim klubie. Na koniec rozmowy, a raczej monologu właściciela restauracji ściskamy sobie dłonie.
On wraca do swoich obowiązków, a ja wchodzę do środka lokalu. Wewnątrz wszystko na błękitno, wszędzie zdjęcia, plakaty – istna świątynia klubu FC Porto z przepysznym jedzeniem i bardzo sympatycznymi ludźmi. Jeśli będzie mi dane być jeszcze raz w Porto, a mam nadzieje, że tak, to bankowo tam zajdę w drodze nad ocean.
CDN…


