Rejs po rzece Douro

Budzę się wcześnie rano. Nie wiem, czemu, ale jakoś nie mogę spać. Wychodzę na balkon. Patrzę i w zasadzie nic nie widzę. Mgła ogarnęła całe miasto. Myślę, że meteorologicznie nie jest dobrze. Jestem w delikatnym szoku. Latem w takim mieście, taka sytuacja. Mgły tu bym się raczej nie spodziewał, a proszę.

Mam mieszane uczucia, bo przecież dziś płyniemy statkiem w nasz rejs. Spoglądam na zegarek. Pora naprawdę wczesna.  Wskakuje do łóżka i zasypiam z myślą, że kiedy wstanę mgły nie powinno już być. Kiedy ponownie otwieram oczy od razu spoglądam przez okno i widzę tylko błękitne niebo. Niesamowite. Jeszcze chwilę temu krajobraz był totalnie inny. Widocznie tu tak jest. Zresztą Porto ma rzekę, jest położone dosłownie nad oceanem.  Ma to zapewne wpływ na specyficzny mikroklimat tego miasta. Wycieczkę mamy zarezerwowaną na godzinę 11.00. Pora idealna, bo można się wyspać, zjeść  śniadanie i na spokojnie dojść na przystań. Nasza łódź stacjonuje po drugiej stronie rzeki. Zresztą tam cumuje większość jednostek przeznaczonych dla turystów.
Po epickim wakacyjnym śniadaniu wychodzimy z domu. Stojąc na chodniku odpalamy nawigację i wklepujemy nazwę restauracji, naprzeciwko, której ma czekać na nas statek. Przemykamy między kamienicami. Słońce przygrzewa solidnie a przecież to jeszcze nie południe. Przechodzimy przez most Ludwika I. W dzień wygląda on równie imponująco jak w nocy. Idziemy nabrzeżem i z daleka dostrzegamy na promenadzie, pod parasolem przeciwsłonecznym stojącą  starszą Panią. Kiedy mówimy jej, że jesteśmy od Doroty z uśmiechem na twarzy wypisuje nam bilety. Mamy jeszcze trochę czasu do rozpoczęcia rejsu. W tym momencie naszą czwórkę dopada głód kofeinowy. No tak chce się nam napić kawy, że szok. Dochodzimy jednak do wniosku, że wytrzymamy i zaraz jak tylko rejs się zakończy to gdzieś na spokojnie skoczymy uzupełnić kofeinę w organizmie.
Siadamy na nadbrzeżnym murku i czekamy. W pewnym momencie zwracam uwagę na grupę dzieciaków kąpiących się w Douro. Widzę jak młodzi wybijając się z ustawionej na pomoście trampoliny  lądują w rzece. Ten widok przypomina mi wakacje, kiedy byłem dzieckiem. Całe dnie spędzałem z rówieśnikami nad rzeką. Najpierw graliśmy w piłkę, a potem wszyscy szliśmy zmyć trudy spotkania w Drwęcy. Później kolejny mecz i znowu nad rzekę.  Był to wspaniały czas, do którego myślami właśnie wróciłem w tym momencie. Widok tych młodych ludzi jest magiczny. Oto jesteśmy w mieście uwielbianym przez turystów, nad rzeką gdzie cumują statki, tuż obok mieszczą się restaurację.
Po promenadzie spacerują ludzie, a młodzi jak gdyby nigdy nic oddają się wodnym szaleństwom. Trochę im zazdroszczę, ale bardzo się cieszę, że spędzają te wakacyjne chwilę ze sobą. Bawią się razem, a nie siedzą przed komputerami czy z telefonami w ręku. Moja wiara w dzisiejsze dzieciństwo bez internetu zostaje uratowana. Poza tym ten widok utwierdza mnie w tym, że woda w rzece musi być naprawdę czysta skoro dzieciaki mogą w niej pływać.
Przy naszym stanowisku zaczyna się pojawiać coraz więcej turystów. Są to nasi towarzysze podróży. Co ciekawie jest kilkanaście osób, ale o jakichkolwiek tłumach mowy być nie może. Wielkimi krokami zbliża się początek naszego rejsu. Bramka zostaje otwarta. Przed wejściem na pokład obowiązkowo musimy zdezynfekować dłonie. Zakładamy na twarz maseczki.
Wchodzimy na pokład, zajmujemy sobie miejsce pod dachem tak, żeby słońce nas za bardzo nie spiekło. Czekamy chwilę i ruszamy.  Wypływając z portu skręcamy w prawo i płyniemy w górę rzeki podziwiając miasto z tej perspektywy. Mijamy nieczynna stację kolejową, którą dzień wcześniej eksplorowaliśmy z Dorotą. Podziwiamy kolejne mosty łączące dwa brzegi miasta.
W trakcie rejsu z naszych miejscówek pod zadaszeniem wypędza nas dudniący głośnik. Wisi on tuż nad naszymi głowami. Dobiega z niego głos mężczyzny, który w języku portugalskim i angielskim opowiada o mijanych przez nasz statek budowlach stojących na brzegu. Nie jest to zbyt komfortowe. Hałas silników, który zlewa się z głosem lektora sprawia, że od tych dźwięków  może rozboleć głowa. Jestem przekonany, że gdyby każdy pasażer dostał mapkę z opisem tego, co w danej chwili widzimy rejs przebiegłby w milszej atmosferze. Po około 20 minutach nasza łajba zawraca. Płyniemy teraz w stronę oceanu. Miasto widziane z pokładu statku ma swój urok, ale żeby ta atrakcja powaliła mnie na kolana to zdecydowanie nie. Dopływamy do miejsca gdzie widać ocean i zawracamy do portu. Schodzimy z pokładu. Mam mieszane odczucia. Zobaczyć miasto z takiej perspektywy na pewno jest fajnie, ale osobiście wolałbym to zrobić płynąc pod żaglami.
        Będąc na brzegu podchodzę do kobiety, która sprzedała nam bilety na rejs i pytam, gdzie możemy napić się dobrej kawy? Pani poleca nam kawiarnie o nazwie „7g”, cokolwiek to znaczy. Mam nadzieje, że będzie to mała klimatyczna kawiarnia dla lokalsów. Idziemy pod wskazany adres. Dosłownie po przejściu 50 metrów natrafiamy na nasze źródło kofeiny. Niestety nie jest to mała przytulna kawiarnia, tylko tak mi się wydaje jakaś sieciówa. Rozglądam się po lokalu i przyznaje, że zrobiona jest w ciekawym stylu, z oryginalnym wystrojem. Największą atrakcją tego miejsca jest siedzący przy wejściu kościotrup, który robi tam furorę. Nie wiedzieć, czemu ale wszystkie kobiety, które wychodziły z kawiarni trzaskały sobie z nim sesję foto.
Wypita kawa daje nam zastrzyk energii. Dźwigamy się i postanawiamy, że idziemy nad ocean. Do celu mamy trochę ponad 40 minut spacerem. Po drodze w wiosce rybackiej zjemy obiad, a później już tylko wielki błękit. Spacer przebiega wzdłuż brzegu Douro, widoki kapitalne, nigdzie się nam nie spieszy. Po drodze natrafiamy na ciekawy projekt artystyczny. Królik wykonany z odpadów wklejony w róg kamienicy.
Praca robi na mnie spore wrażenie. Ciekawa technika i co najważniejsze, dzieło powstało ze śmieci. Dalej mijamy jakiś zakład szkutniczy, gdzie dwóch leciwych panów naprawia stare łodzie.
Co jakiś czas napotykamy miejscowych wędkarzy. Ich widok przypomina mi moją filozofie wędkowania. Mianowicie w wędkarstwie nie złapanie ryby jest ważne, ale samo obcowanie z przyrodą, cisza i spokój. Wiem, że dla zapalonych moczykijów to herezje, ale co tam. 
Tego nauczyłem się od mojego przyjaciela Piotra. W jego towarzystwie wędkowanie jest zawsze przygodą, która niekoniecznie wiąże się z pełną siatką ryb 😉 .  Przyglądając się portugalskim wędkarzom dochodzę do wniosku, że wyznajemy podobną filozofię. Obserwuje przez pewien czas kilku z nich, nie zauważam żeby cokolwiek złapali. Nawet jestem ciekawy, co z takiej rzeki można wyciągnąć. Niestety moja ciekawość nie zostaje zaspokojona. Może innym razem.
CDN…