Dzień nad Soliną

Pogoda piękna, nic tylko udać się nad bieszczadzkie morze jak nazywany jest zalew Soliński. Poranek wita nas słońcem. Cała nasza ekipa leniwie zwleka się z wyrek. Troluję jeszcze chwilę, ale z dołu już słyszę odgłosy świadczące o tym, że śniadanie właśnie się tworzy. To mobilizuje mnie do dźwignięcia się z łóżka. Musze przyznać, że klimat w Cisnej sprawia, że śpi mi się tu bardzo dobrze. Wstaje jak nowo narodzony. Schodzę na dół i widzę Monikę i Alę jak przygotowują śniadanie.  Zanim budzę  się na dobre  na werandzie już wszystko jest przygotowane. W międzyczasie młodzież też zwleka się ze swoich legowisk.
Poranek mija przy pysznym śniadaniu i kawie, która smakuje genialnie. Przy stole zapada decyzja, że ostatecznie jedziemy nad jezioro. Na stole leżała jeszcze opcja wyjścia w góry ale przepada z kretesem. Młodzież jest przeszczęśliwa, że nie będzie musiała chodzić. Ja trochę mniej, bo po kilku latach górskiej absencji czuję głód szlajania się po szlakach. Tym bardziej, że pogoda idealna, a jutro ma padać deszcz. No ale w zasadzie to jak już tu jesteśmy, to warto zobaczyć na własne oczy to jezioro, którym wszyscy się zachwycają i śpiewają o nim pieśni. Jestem trochę sceptycznie nastawiony do dzisiejszego wyjazdu. Będąc facetem z Mazur nie mam przekonania do tej wycieczki i raczej nie sądzę, że Solina będzie w stanie mnie zachwycić. Czy faktycznie tak będzie? Sam jestem tego bardzo ciekawy.
Śniadanie celebrujemy wyjątkowo długo, ale w zasadzie nigdzie się nam nie spieszy. Kiedy już wszyscy jesteśmy ogarnięci pakujemy się do samochodów, wbijamy w nawigacje: „zapora Solina” i ruszamy. Tak jak wskazywała nawigacja po nieco ponad godzinie jesteśmy na miejscu. Parkujemy auto trochę poniżej zapory i ruszamy.  Po dosłownie kilku minutach wdrapywania się wraz z innymi turystami pod górkę, wychodzimy na chodnik skąd widać ulicę.
Po obu jej stronach gęsto rozlokowane są stoiska handlowe. Jest to początek  drogi, której koniec znajduje się u wejścia na koronę tamy. W tym handlowym eldorado można kupić wszystko i to dosłownie. Poczynając od gofrów, lodów, piwa poprzez różnego rodzaju pamiątki. Turystów jest też sporo. Pierwsze moje skojarzenie jakie przychodzi mi do głowy jest takie, że to wszystko wygląda jak mini Krupówki. Przeciskając się przez tłum z zaciekawieniem przyglądam się temu, co ludzie sprzedają na straganach i co turyści kupują. Dzień jest mocno upalny więc najczęstszy widok to dzieciaki z lodami. Powolnym krokiem zbliżamy się do celu naszej dzisiejszej wycieczki.
Korona zapory elektrowni na Solinie. Widok z tego miejsca jest kapitalny. Cały ten sztuczny zbiornik robi niesamowite wrażenie.  Z jednej strony widok totalnie nie pasujący to krajobrazu górskiego, a z drugiej nie mogę wyobrazić sobie żeby tego jeziora tu nie było. Teraz już wiem dlaczego o tym miejscu śpiewają pieśni. Stoję dłuższą chwilę i gapię się na to wszystko.
Po błękicie nieba leniwie przesuwają się nieliczne chmurki, a po błękicie wody śmigają białe żagle jachtów. Widzę mnóstwo kajaków i rowerów wodnych. Ruch jak na Marszałkowskiej w Warszawie. Od mojego przyjaciela Piotra, który był tu niedawno wiem, że gdzieś na początku tej zapory pływają potężne karpie dokarmiane rzucanym przez ludzi z góry chlebem. Podchodzę do krawędzi korony, wychylam się i faktycznie widzę w wodzie pływające olbrzymie ryby. Obok mnie stoją turyści, którzy akurat rzucają pieczywo do wody. Lądujące kawałki bułki i chleba w mgnieniu oka znikają w paszczach ogromnych ryb. Widok niesamowity. Od razu przychodzi mi myśl taka, że fajnie byłoby tu wybrać się na wędkowanie. Może w końcu byłaby szansa coś złapać 😉 .
Przechodzimy na drugą stronę zapory, by podziwiać widoki i tam dopiero zauważamy jak wielka jest różnica poziomów wody, które ta tama reguluje. Zastanawiamy się przez moment, co zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem, będąc w tak pięknych okolicznościach przyrody.
Postanawiamy, że wybierzemy się na rejs statkiem. Przy okazji też robimy sobie, krótką przerwę na zrobienie kilku pamiątkowych  fotografii. Wszyscy wyciągają telefony. Patrzę na Alę jak nerwowo szuka swojego. Po przetrzepaniu kieszeni, plecaka komunikuje, że telefon został w aucie. Szybka analiza i faktycznie. Przecież jechaliśmy tu używając  go jako nawigacji. Najzwyczajniej w świecie przy wysiadaniu został na uchwycie. Nie zastanawiam się długo. Dlaczego? Słońce dziś grzeje niemiłosiernie. Jeśli ten telefon tam zostanie, to najzwyczajniej w świecie się „rozpłynie”. Temperatura w aucie nie da mu żadnych szans, a szkoda by było, bo taki ładny, amerykański 😉 .  Umawiamy się, że ekipa poczeka na mnie na przystani statków, gdzie kupią bilety na rejs. Odwracam się na pięcie i pędzę na parking. Bieg przez koronę zapory jeszcze nie jest taki zły, natomiast przebicie się przez solińskie Krupówki to już jest wyższa szkoła biegania. Mijam stoiska, zbiegam z górki i już z daleka widzę, że Ala faktycznie zostawiła aparat w aucie. Kiedy otwieram drzwi samochodu ze środka bucha żar. Biorę telefon do ręki – jest gorący. Na wyświetlaczu komunikat w stylu lada moment sprzęt trafi szlag. W aucie jest taka temperatura, że dziwię się , że nic się tam nie stopiło. Uf, jestem w ostatnim momencie. Z telefonem w ręku wracam do załogi. W pewnym momencie mój telefon dzwoni. Odbieram. To Hubert. Komunikuje mi, że mam się pospieszyć, bo za 15 minut ruszamy w rejs, na który mamy już zakupione bilety.  Naprawdę muszę się streszczać, bo od przystani dzieli mnie jeszcze spory dystans a czas nieubłaganie płynie.
Tak oto biegiem przez stragany, między turystami, po koronie zapory wpadam w ostatnim momencie na przystań. Dostaję w rękę bilet i po trapie wchodzę na pokład statku. Nie muszę Wam mówić, że jestem zziajany jak pies po dobrym wybieganiu. Jedyne o czym marzę, to odsapnąć w cieniu z zimnym piwkiem. I wiecie co ? Marzenia się spełniają.
Jedyny cień, na który w tym momencie mogę liczyć znajduje się pod pokładem. Schodzę po schodkach i patrzę. Ekipa już pozajmowała miejscówki. Rozglądam się po pokładzie i oczom swoim nie dowierzam. 
W rogu pokładu widzę co? Bar!!! Taki mini, ale co najważniejsze nad jego ladą  wystają trzy kraniki z piwem. Podchodzę do Marka, który zajmuje strategiczną pozycję przy barze. Pierwsze  słowa, które padają z jego ust brzmią: „Czekam na Ciebie. Jest browar tylko  na razie nie ma kto go nam nalać.” Statek odbija od brzegu, a za barem nadal nikogo. Sytuacja robi się krytyczna, bo mijają minuty, a nikt nie chce się pofatygować, żeby nalać nam tego zimnego złocistego napoju. Jestem tak zdesperowany, że za chwilę sam się obsłużę i naprawdę niewiele już brakuje, żebym stanął za tym barem. W pewnym momencie dostrzegam, że od strony mostka kapitańskiego idzie w naszym kierunku młoda dziewczyna.  Tak jak kiedyś wiele słyszałem o bieszczadzkich aniołach, tak właśnie w tym momencie on mi się objawia. Dziewczyna z uśmiechem  wchodzi za bar i nas obsługuje. Nie muszę Wam mówić jak to piwo smakowało. Po pierwszych kilku łykach czuję jak całe zmęczenie odchodzi precz. Z zimnym browarkiem w dłoni już na spokojnie podziwiam widoki, które przesuwają się za oknem statku. Po kilku minutach wychodzimy na pokład, bo jest tam najzwyczajniej w świecie przyjemniej niż pod pokładem. Kapitalną robotę robi hulający wiatr. Sprawia on, że panujący skwar nie jest tak dokuczliwy, a w zasadzie praktycznie go nie odczuwamy. Warunki do pływania idealne. Przy okazji rejsu co jakiś czas głos lektora płynący z głośników opowiada nam o ciekawostkach związanych z okolicą, jeziorem, zaporą, ludźmi  tu mieszkającymi. W pewnym momencie statek przybija do wyspy, gdzie część pasażerów po prostu wysiada, by móc się w tym miejscu zrelaksować.
Na wyspie jest plaża, ratownicy i cała infrastruktura potrzebna do wypoczynku nad wodą. Bardzo fajna alternatywa na zatłoczone nabrzeże. My płyniemy do końca czyli z powrotem do portu. Po drodze załoga sprawia pasażerom miłą niespodzianka. Kapitan zaprasza wszystkich chętnych do siebie na mostek, gdzie można zrobić sobie z nim zdjęcie, oczywiście w czapce kapitańskiej. Kolejka do mostku ustawia się naprawdę długa. Do mnie ta atrakcja nie przemawia, ale Ala z Moniką po powrocie są zachwycone.  Ech, co kapitan wilk morski, to kapitan 😉 .  Wreszcie statek zawija do portu. Na koniec zamieniam jeszcze kilka zdań z kapitanem. Żegnamy się, dziękujemy za miły rejs i schodzimy na ląd.
Na brzegu namierzamy restaurację, gdzie będziemy mogli zjeść obiad. W tym miejscu gastronomia ma się naprawdę dobrze. Jeśli chodzi o zjedzenie posiłku to nad Soliną jest wiele opcji. Od pizzerii, przez kebabownie po smażalnie ryb, których jest tu kilka. My do takiej smażalni właśnie trafiamy.
Nazywa się „Złota Rybka”. w zasadzie poleciła nam ją załoga statku. Jeśli z niej skorzystamy będziemy mieć 10 procent zniżki. Ot, taki chwyt marketingowy. Zajmujemy miejsce w ogródku przed lokalem. Spoglądam przed siebie. Widok nie do zapomnienia. Czuje się jakbym był nad morzem. Co ciekawe tłum turystów mocno się przerzedził. Być może ma na to wpływ już dość późna pora. Składamy zamówienie. Po około 20 minutach dania lądują na stole. Za obiad dla ośmiu osób płacimy 360zł. Co ważne wszyscy się najadamy w pięknych okolicznościach przyrody, bo widok na Solinę jest zjawiskowy.  Czego można chcieć więcej? Niczego.

Niestety wszystko co dobre szybko się kończy. Siedząc przy stoliku postanawiamy, że dziś po powrocie do domu, wieczorem odwiedzimy kultowy lokal, który ma groźnie brzmiącą ale też nieco intrygującą nazwę: „Siekierezada”. Póki co jesteśmy jeszcze nad jeziorem i korzystamy z pięknej pogody. Hubert z Natalką wpadli na pomysł, że jak już tu są, to wskoczą do wody. Wcześniej nikt nie przewidywał takiego rozwoju akcji, bo kąpieli nie było w planie. W pawilonach handlowych, których jest tu sporo, kupujemy młodym stroje kąpielowe i po chwili już moczą swoje tyłki w jeziorze. Młodzież wychodzi z wody spełniona w stu procentach.
 Pora wracać. Idziemy na parking. Jesteśmy jednymi z ostatnich. Pełni pozytywnych wrażeń jedziemy do Cisnej. Dzień był bardzo udany. Zdecydowanie warto  odwiedzić Zaporę nad Soliną. Taka wycieczka i tak spędzony dzień jest doskonałym sposobem zregenerowania sił po górskich wędrówkach. Wykąpać się w jeziorze, wybrać się na rejs statkiem, wypożyczyć rower wodny, albo  zalec na kocyku. 
CDN…