W poszukiwaniu zaginionej restauracji – Lizbono do zobaczenia

Dziś ostatni dzień naszego urlopu i zapowiada się intensywnie. Jesteśmy dogadani z właścicielką mieszkania, że bez problemu możemy zostawić u niej swoje bagaże i wieczorem, przed udaniem się na lotnisko, je odebrać. Jest to optymalna sytuacja, bo nie będziemy musieli się tułać po Lizbonie z walizkami. Plan jest taki, że na pierwszy ogień idzie park Edwarda VII, miejsce opisane chyba we wszystkich przewodnikach, słynące z kapitalnego widoku na miasto i rzekę. Byliśmy już tam, ale niestety, z uwagi na późną porę i mgłę, niewiele mogliśmy wówczas zobaczyć. Tym razem jest inaczej, Lizbona żegna nas wspaniałą słoneczną pogodą. Żal, że to właśnie dziś nasz urlop dobiega końca, ale cóż, wszystko, co dobre, szybko się kończy. Razem z Alą pocieszamy się tym, że mamy już zabukowany lot i w październiku wracamy tu ponownie. Taką mamy nadzieję. Spacerkiem docieramy do parku. Faktycznie widok niesamowity, a przy tej pogodzie widoczność jest idealna.
Stajemy na szczycie wzniesienia i spoglądamy w dół. Naszym oczom ukazuje elegancko przycięty żywopłot. Wygląda identycznie, jak na zdjęciach w przewodnikach. U samego dołu widać jakiś plac i stojący na nim wielki pomnik. Jeszcze dalej błękitem odbija się Tag. Widok bez dwóch zdań wart zobaczenia. Jak się później okazuje, cały park ma powierzchnię 26 hektarów. Tak naprawdę można tam spędzić cały dzień. My, szczerze mówiąc, tylko „ocieramy” się o to miejsce. Stojąc na wzniesieniu i patrząc na to wszystko co w oddali, myślę o tym, że zazdroszczę lizbończykom właśnie takich miejsc. Pewnie gdybym tu żył, pracował, moje odczucia byłby by inne, bo tak przeważnie bywa, że jeśli takie miejsca mamy na co dzień, to są one często niedoceniane.
Słońce grzeje niemiłosiernie. Rozbijamy się w cieniu drzewa, łapiemy oddech i postanawiamy, że schodzimy w dół do metra, którym dojedziemy na Baixa. Marki na pożegnanie ze stolicą Portugalii chcą jeszcze zobaczyć ruiny klasztoru Karmelitów. Dźwigamy nasze cztery litery i po kilkuminutowym spacerze stajemy na placu, gdzie centralnym punktem jest pomnik widziany przez nas, kiedy staliśmy na górze. Okazuje się, że jest to pomnik Markiza de Pombal. Gość wsławił się tym, że osobiście nadzorował odbudowę Lizbony po katastrofalnym trzęsieniu ziemi, do jakiego doszło w roku 1755. Co ciekawe, jest on uważany za jednego z pionierów sejsmologii. Pomnik stojący na środku olbrzymiego ronda robi na nas duże wrażenie. Zastanawiamy się, jak można się tam przedostać, żeby obejrzeć go z bliska. Nigdzie nie widać przejścia, a po rondzie  non stop śmigają auta. Podejrzewamy, że gdzieś jest wejście pod ziemię i możliwe, że jakimś podziemnym korytarzem można dojść do stóp Pana Markiza. Jednak z uwagi na upływający czas dajemy sobie z tym spokój. Stacja podziemnej kolei znajduje się nieopodal pomnika. Pakujemy się do wagonu metra, by dosłownie za moment wysiąść na Baixa. Po drodze ustalamy, że Marki idą zobaczyć ruiny klasztoru, my poczekamy na nich na Rossio, a następnie na zakończenie pobytu pójdziemy na obiad do restauracji, którą pokazała nam Kaja, miejsca urzekającego  swoją atmosferą, gościnnością i oczywiście kuchnią. Pożegnalny obiad miał być zjedzony w Restaurante Cervejaria Lisboa Portugal. Po wyjściu z metra Marki idą zobaczyć klasztor, my natomiast trafiamy na Rossio i tam w cieniu rozsiadamy się na ławeczce w oczekiwaniu na ich powrót. Do Ali i do mnie dociera myśl, że to ostatnie godziny w Lizbonie. Kurde, naprawdę czas w tym mieście, mimo że płynie wolniej, dla nas zawsze za szybko.
Obserwujemy życie tętniące dookoła i planujemy, gdzie będziemy się szlajać, kiedy wrócimy tu w październiku. Marki docierają do nas trochę po ponad godzinie. Są pod wrażeniem klasztoru. Myślę, że dla nich było to fajne pożegnanie z Lizboną –oczywiście, jeśli chodzi o aspekt zabytków, bo co do kulinarnego, dopiero miało to nastąpić. Całą ekipą ruszamy na wieńczący nasz pobyt obiad, z tym, że pojawia się taka mała komplikacja. Nikt z nas nie zapisał ani nazwy lokalu, ani adresu. Generalnie idziemy na czuja. Wydaje się nam, że bez problemu trafimy do tej restauracji, jednak okazuje się to nie lada wyzwaniem. Szukamy tego miejsca i dupa. Wszystkie te ulice są do siebie podobne, lokale też. Kiedy wydaje się nam, że jesteśmy już blisko, okazuje się, że jednak nie. Na ślad restauracji nadal nie możemy trafić. Atmosfera robi się napięta, bo po pierwsze, zaczyna gonić nas czas, a po drugie, najzwyczajniej w świecie jesteśmy już głodni. Błąkamy się tak miedzy ulicami od restauracji do restauracji. Możemy oczywiście zjeść gdziekolwiek, ale sami wiecie, jak już się człowiek na coś nastawi, to ciężko odpuścić. W pewnym momencie nadzieja na pyszny obiad zaczyna umierać. Wydaje mi się, że jesteśmy blisko, ale mimo to nie potrafimy namierzyć naszego kulinarnego celu. I w pewnym momencie mnie olśniło. Wyciągam z kieszeni mój telefon, odszukuję zdjęcie kelnera, które w ramach żartu sam sobie zrobił, kiedy gościliśmy tam z Kają, podchodzę do pierwszej lepszej restauracji do pierwszego kelnera z brzegu i pokazuję mu fotę. Gość jest lekko zdziwiony, ale uśmiecha się szeroko i mówi do mnie po angielsku, że to jest jego brat i że mnie do niego zaprowadzi. Facet prowadzi całą nasza ósemkę przez ulicę dosłownie 200 metrów i oczom naszym ukazuje się znajomy szyld. Jesteśmy u celu. Będzie obiad. Przewodnik, który nas doprowadził do lokalu, od razu woła „naszego” kelnera, coś mu tłumaczy i obaj zaczynają się śmiać. Wcale się im nie dziwię, bo cała ta sytuacja z pokazanym zdjęciem w telefonie była naprawdę trochę i komiczna i rozpaczliwa. ale … skuteczna. Dosłownie po chwili mamy już miejsce przy stole, składamy zamówienie i zaczyna się biesiada.
Siedząc tam i wcinając przysmaki kuchni portugalskiej, dochodzimy do wniosku, że jest to fajne pożegnanie z tym miastem. Pyszna kuchnia, przemiła obsługa, niepowtarzalna atmosfera. Idealne zakończenie naszego urlopu. Co ciekawe, okazuje się, że jeden gość z obsługi dużo rozumie po polsku. Dopytujemy się go, skąd taka znajomość naszego języka. Facet tłumaczy nam, że jego małżonka jest Polką,  pochodzi z Podlasia, z tego, co teraz kojarzę to z Białegostoku, i on często po sezonie bywa z wizytą u teściów. Mówi nam, że Polska bardzo mu się podoba, że chętnie tam jeździ, że mamy dobrą kiełbasę i mocną wódkę, którą zresztą bardzo lubi. Kto by pomyślał, że w Lizbonie znajdziemy amatora podlaskiej kiełbasy i bimbru. Śmiejemy się, że „Duch Puszczy” powinien być wciągnięty na listę światowego dziedzictwa UNESCO 😉 .
Miło się siedzi, rozmawia, ale niestety czas niemiłosiernie nas goni. Mamy w planach jeszcze jedną rzecz, którą musimy zrobić. W naszym lizbońskim domu czeka na nas  „skrzynia umarlaka”. To właśnie dziś mamy ją komisyjnie otworzyć i sprawdzić, co znajduje się w środku? Domysły na temat zawartości tej skrzyni są naprawdę różne i rozpalają wyobraźnię nie tylko naszą, ale i „zmysłowiczów”, którzy obserwują nas na facebookowej stronie naszego bloga.
Po powrocie do domu komisyjnie otwieramy skrzynię. Niestety nie ma w niej ani czarnej perły, ani skarbu piratów z Karaibów, ani zapasu lizbońskiej Gingi, tylko schowane w torbie reklamowej elementy żyrandolu wiszącego w dużym pokoju. Emocje dotyczące otworzenia skrzyni szybko opadają i nadchodzi pora na powrót do domu.
Droga powrotna idzie nam ekspresowo. Wsiadamy do metra, wysiadamy na lotnisku. Odprawa bagażu i znajdujemy się na terminalu. Mamy jeszcze sporo czasu, więc oczywiście robimy ostatnie zakupy w strefie wolnocłowej. Potem już tylko samolot, lot i, co należy podkreślić, idealne lądowanie.
W Berlinie jesteśmy późno w nocy. Ładujemy się do pociągu. Przejeżdżamy jeden przystanek i już jesteśmy na parkingu, gdzie przed wylotem zostawiliśmy auta. Samochody stoją na swoim miejscu. Dzieciaki są już solidnie zmęczone. Wskakujemy do aut, jeszcze łyk energetyka i w drogę. W Kopańcu jesteśmy nad ranem. W progu wita nas tata i oczywiście nasz kocur Manfred, który wydaje się być przeszczęśliwy naszym widokiem. Zmęczeni, ale naładowani pozytywnymi emocjami, lądujemy w wyrkach. Zasypiając, już cieszymy się na ponowne październikowe odwiedziny Lizbony. Natomiast w naszych wakacyjnych planach pojawia się Porto. Mamy tylko nadzieję, że pandemia nie pokrzyżuje nam planów.
Październikowy wypad do Lizbony niestety nie doszedł do skutku -> covid. 

 

Fim da aventura