Plażowanie w Cascais

Wysiadamy przy dworcu kolejowym. Z poprzedniego pobytu mamy „obcykaną” fajną plażę zaraz przy stacji miejscowych kolei. Od Praia da Ribeira dzieli nas dosłownie rzut beretem. Wychodząc z dworca, przechodzimy obok baru, który wygląda na fast food. Kiedy go mijamy, nasza młodsza cześć ekipy rejestruje to miejsce w swoich głowach. Młodzi lustrują menu przedstawione w postaci kolorowych banerów zdobiących ściany kwadratowego budyneczku. Na banerach królują podkręcone w photoshopie hamburgery i frytki. Nikomu nie mówię, ale myślę sobie, że jest to ostatnie miejsce, w którym mógłbym coś zjeść. Jakoś nie mam zaufania do lokali na dworcach kolejowych. Po chwili spaceru docieramy na plażę. Miejsce niezwykle urokliwe. Z Alą wiemy już, jakich widoków możemy się tu spodziewać, natomiast Monika i Marek wydają się być pod wrażeniem. Bo faktycznie klimat miejsca, jego otoczenie, przepiękny widok na port jachtowy tworzą kapitalny efekt.
Do tego niezbyt wielu ludzi, przepiękne słońce – czego chcieć więcej. Rozkładamy ręczniki i zalegamy na ciepłym piasku. Jest cudnie. Właśnie takie chwile sprawiają, że człowiek jest po prostu szczęśliwy. Dziewczyny oczywiście dosłownie witają się z oceanem. Też dostaję taką propozycję, ale nawet przez myśl mi nie przechodzi, żeby wejść do tej lodowatej wody. Nic nie poradzę, że jestem ciepłolubnym stworzeniem, a ocean u wybrzeży Portugalii raczej ciepły nie jest. Leżąc na ręczniku, z podziwem patrzę na ich wodne wygłupy. Nie, nie, nikt mnie do wody nie zaciągnie. Chwilo, trwaj! W zasadzie to pobyt na plaży nie jest zbyt ekscytujący i niewiele się dzieje. Ot, błogie lenistwo i korzystanie z promieni słonecznych, ile się tylko da, tym bardziej że w perspektywie mamy jutrzejszy powrót do kraju.

Kiedy tak leżę na ręczniku i gapię się na ocean, następuje moment, który nastąpić musiał 😉 . Młodsza część załogi po wyjściu z wody obwieszcza, że jest głodna, chce iść na jedzenie i to, zgadnijcie gdzie? Oczywiście do lokalu stojącego przy stacji kolejowej, a który mijaliśmy, idąc na plażę. Do tego samego, o którym myślałem, że moja noga nie przestąpi jego progu. Próbuję młodzieży zasugerować inny bar, jednak kolorowe banery zrobiły swoje. Poza tym Natalka i Marta, idąc na plażę, wypatrzyły, że serwują tam jakiś specjalny wypasiony szejk, którego dziewczyny za nic nie odpuszczą. Dzieciaki do lokalu chcą iść same i, o ile w Lizbonie już bez problemu śmigały do marketu, tak tutaj mamy z Markiem jakieś obawy. Bez gadania postanawiamy, że idziemy z nimi.
Na plaży zostaje Ala z Moniką, my natomiast spacerkiem udajemy się do Majestic Train Spot – bo właśnie taką nazwę nosi ten lokal. Po dotarciu na miejsce decydujemy, że siadamy na zewnątrz. Akurat są wolne miejsca. Kiedy tylko pojawiamy się w lokalu, od razu podchodzi do nas młody chłopak z obsługi. Łączy nam stoliki i przynosi kartę dań. Królują w niej burgery, frytki, ale jest też kilka pozycji z owocami morza i oczywiście grillowane sardynki. Ku rozpaczy dziewczyn okazuje się, że tych wypasionych szejków, na które się tak napalały, nie ma już w ofercie. Natalka, Julia i Marta zamawiają po burgerze, Marek bierze to samo, a ja decyduję się na grillowane sardynki. Jestem pełen obaw o jakość tych potraw, ale cóż, dajmy szansę kucharzowi. Z Markiem oczywiście zamawiamy po zimnym piwie i w zasadzie zaczyna się oczekiwanie na jedzenie. Przyglądam się towarzystwu, które siedzi razem z nami pod parasolami. Ekipa młodych Portugalczyków, którzy piją piwo i głośno rozmawiają. Co jakiś czas ktoś przechodzący ulicą zahacza o ogródek, wstępuje, żeby się z nimi przywitać i chwilę porozmawiać. Towarzystwo nie wygląda zbyt sympatycznie, tym bardziej że jest już całkiem dobrze podchmielone. Mimo moich delikatnych obaw miejscowa młodzież totalnie nie zwraca na nas uwagi. Obok naszego stolika obserwujemy z Markiem dwóch mocno starszych jegomości. Panowie siedzą naprzeciw siebie i zamawiają piwo za piwem. Po wypiciu jednego, zaraz pojawia się przy nich kelner i stawia kolejne. Mimo wieku, a wyglądają dobrze po sześćdziesiątce, tempo spożywania browaru mają naprawdę imponujące. Zauważamy, że za piwo płaci raz jeden, raz drugi. Razem z Markiem zastanawiamy się, ile jeszcze tak dadzą radę. Jesteśmy pełni obaw o ich stan, jednak, jak się okazuje, zawodnicy są naprawdę mocni 😉 .
Na naszym stole pojawiają się zamówione dania i, jak można się było spodziewać, znikają w okamgnieniu. Dziewczyny po sprzątnięciu z talerzy reszty frytek oznajmiają, że wracają na plażę. Co do moich ryb to, o dziwo, jestem mile zaskoczony. Sardynki są naprawdę wyśmienite, dobrze przyprawione, idealnie zgrillowane, do tego bukiet warzyw i ziemniaki.
Trochę im brakuje do tych z Targu Złodziei, ale i tak są pycha. Razem z Markiem postanawiamy, że skoro się tak miło siedzi, to my jeszcze chwilę zostaniemy w Majesticu i skupimy się na kontemplowaniu tego, jak się okazuje, ciekawego miejsca 😉 .
Po powrocie na plażę Ala i Monika postanawiają, że będziemy zbierać się do domu. W zasadzie pora na to jest odpowiednia, tym bardziej że wieczorem czeka na nas jeszcze finał Ligi Mistrzów z udziałem Roberta Lewandowskiego. Po drodze postanawiamy z Markiem, że mecz obejrzymy w domowym zaciszu. Ala z Moniką nie są tym pomysłem zachwycone, bo jest to nasz ostatni wieczór w Lizbonie i one chcą to uczcić kolacją na mieście. Taka koncepcja nie znajduję uznania w naszych oczach, przez co atmosfera robi się nieco „kwaśna”.
W domu dziewczyny w tempie błyskawicy się ogarniają i razem z dzieciakami idą do restauracji. Przed wyjściem próbują jeszcze raz namówić nas do wyjścia, jednak my mamy inny plan. Wygodnie rozsiadamy się przed telewizorem i z piwkiem w ręku oddajemy się sportowym emocjom. Bayern wygrywa finał, a Robert Lewandowski zdobywa puchar Ligi Mistrzów. Na naszych oczach dzieje się historia polskiej piłki nożnej. Czara ekscytacji jest wypełniona po brzegi, bo przecież właśnie jesteśmy w mieście, gdzie rozgrywany jest finał tych prestiżowych zmagań piłkarskich. Żałujemy tylko, że nie możemy zobaczyć tego na stadionie.
 Chwilę po zakończeniu spotkania do domu wracają dziewczyny z dzieciakami. Wszyscy w wyśmienitych nastrojach. Okazuje się, że byli w Valbom i przeżyli kulinarną ucztę na najwyższym poziomie. Pora jest już dość późna, dlatego młodsza część składu ląduje w wyrkach, natomiast nasza czwórka kończy wieczór w pokoju gościnnym. Zastanawiamy się, jak spędzimy jutrzejszy dzień, który jednocześnie będzie ostatnim w Lizbonie. Lot mamy w godzinach wieczornych, więc w zasadzie cały dzień jest jeszcze dla nas.

 

CDN…