Idę dziarskim krokiem przez akademickie miasteczko AGH-u. Kraków o tej porze jest zaskakująco pusty. Mimo, że jest sierpień, miesiąc wakacyjny to cisza aż uszy bolą. Rozumiem, że jest mocno przed godziną 06.00 ale bez przesady 😉 . Od przystanku z którego mam autobus do Zakopca dzieli mnie około 30 minutowy spacer.
W głowie kłębią mi się plany na dzisiejszy dzień. Jestem podekscytowany. Po pięciu latach wracam w Tatry. Poza tym na tą górską włóczęgę jestem umówiony z moją kuzynką Olą. Będąc w Bieszczadach zorientowałem się dzięki „internetom”, że moja rodzinka właśnie urlopuje w Poroninie. Wiecie jak to jest. Rodziny w komplecie spotykają się przy okazji dwóch uroczystości, którymi są wesela i pogrzeby. Natomiast dziś jest okazja żeby nadrobić zaległości. Wiedząc, że moja kuzynka lubi pomykać po górach zaproponowałem wspólne łażenie, przy okazji którego będziemy mieli okazję się bliżej poznać. Ostatni raz Olkę widziałem wieki temu. Wcześniej rozmawiamy przez telefon i umawiamy się, że spotkamy się na stacji w Zakopanem. Na przystanku AGH stoję zupełnie sam. Przed godzina 6 podjeżdża autobus. Tabliczka na jego szybie informuje, że celem jest stolica tatr. Pakuje się do środka. O dziwo nie ma tłumów. Jest kilka osób z plecakami kilku zwykłych podróżnych i to wszystko. Być może wpływ na frekwencję ma wczesna pora. Zajmuję miejsce, daje znać Oli, że wyjechałem, chwilę obserwuje migające za szyba miasto i zasypiam. Kiedy otwieram oczy orientuje się, że dojeżdżamy do Nowego Targu. Niestety droga zaczyna się korkować. Trochę się tym martwię bo zależy mi na tym by być jak najszybciej na szlaku. Z Olą jesteśmy umówieni, że dziś idziemy po Granty. Jest to trzywierzchołkowy masyw, który jest jednocześnie fragmentem Orlej Perci. Żeby się na niego wgramolić i bezpiecznie zejść w porze dziennej potrzeba trochę czasu, który niestety jest właśnie marnotrawiony na stanie w korkach. W pewnym momencie Olka telefonuje i mówi mi, że jej tata czyli dla mnie wujek Paweł podrzuci nas autem na szlak co pozwoli zaoszczędzić nam sporo czasu. Wysiadam z autobusu i rozglądam się dookoła. Nikogo nie widzę, szybki telefon do kuzynki z pytaniem gdzie są. Ola prosi mnie żebym się odwrócił. Po drugiej stronie ulicy stoi dziewczyna i macha do mnie ręką. Witamy się serdecznie i bez zbędnej zwłoki wskakuję do auta. Paweł odstawia nas na Brzeziny skąd wyruszamy do schroniska Murowaniec. Decydujemy się na taki wariant bo według Oli ta droga jest najmniej wymagająca, zachowamy siły na atak szczytowy a przy okazji będziemy mogli spokojnie pogadać. Wysiadamy z samochodu żegnam się z Pawłem, rozkładamy kije trekingowe i w drogę. Dobrze jest wrócić w góry. Mimo, że jeszcze zbytnio nawet ich nie widzę to czuję się fenomenalnie i wiem, że za jakieś dwie godziny według mapy ujrzę z bliska te wszystkie cuda natury. Obawiam się trochę tłoku na szlaku ale o dziwo frekwencja akurat na tej drodze jest minimalna. Mogę powiedzieć, że mamy spacer w iście kameralnych warunkach. Całą drogę rozmawiamy nadrabiając zaległości a raczej się poznając. Okazuje się, że Ola i ja nadajemy na podobnych falach i w pewnych kwestiach podobnie patrzymy na świat. Przekonuje się, że może być z niej dobry partner na górskie wyprawy. Mam tylko nadzieję, że ona myśli podobnie. Od wielu lat wychodzę z założenia, że w góry powinno się jeździć z ludźmi, którym się ufa i których się chociaż trochę lubi. Fakt, jest to dopiero początek naszej przygody ale jestem przekonany, że razem będziemy się dobrze czuć w swoim towarzystwie. Droga do Murowańca miała według mapy zająć nam dwie godziny.
My pokonujemy ją dużo szybciej. Docieramy do schroniska a raczej hotelu, który kiedyś był schroniskiem. Mimo, że szlajałem się po górach od wieków to nigdy nie dane mi było spać w Murowańcu. Kiedyś była sytuacja taka, że wieczorem po zejściu ze znajomym ze szlaku byliśmy potwornie zmęczeni. Poprosiliśmy o nocleg i kazano nam spadać oświadczając, że nie ma możliwości spędzenia tam nocy tym bardziej na tak zwanej glebie – czyli na podłodze. Pamiętam dobrze jak po ciemku „wypompowani” po całym dniu spędzonym w górach schodziliśmy do Zakopanego. Od tamtego momentu nie pałam sympatią do tego hotelu. Przy budynku budynku ruch jak w supermarkecie w trakcie promocji.
Mnóstwo turystów, rodzin z dziećmi, młodzieży. Z tego miejsca wychodzą drogi , którymi można dotrzeć na wiele okolicznych szczytów. Z tego powodu jest to bardzo popularne miejsce. Poza tym droga do Murowańca nie jest zbyt wymagająca i to sprawia, że jest to jedno z bardziej obleganych miejscówek w Tatrach. My w tym miejscu zaliczamy postój tylko na toaletę i idziemy dalej.
Kierujemy się na szlak oznaczony kolorem niebieskim. Kiedy odbijamy w stronę czarnego Stawu Gąsienicowego tłumy jakby się trochę przerzedzają. Większość rodzin z dziećmi i niedzielnych turystów obiera za cel Kasprowy Wierch. Bardziej wytrawni śmigają na szczyty Orlej Perci a ten Granat tak stoi sobie trochę z boku i trochę tak niepozornie. Można powiedzieć, że nie jest on takim magnesem jak chociażby Świnica. Taki obrót sprawy bardzo mnie cieszy bo tłumy w górach to ostatnia rzecz jakiej potrzebuje. Docieramy nad Czarny Staw Gąsienicowy. Mimo lekkiej zadyszki czuję się wyśmienicie. Mam w sobie tyle pozytywnej energii, że gdybym wziął w rękę żarówkę to z pewnością by zaświeciła 😉 . Przyglądam się uważnie ludziom spotkanym nad stawem. Towarzystwo różnej maści z przewagą rodzin z dzieciakami i młodzieży w trampkach, która z telefonami w dłoniach cyka foty na sosziale. W tym miejscu wielu turystów kończy swoje wędrówki nie pchając się wyżej.
My trzymamy się niebieskiego szlaku, który wiedzie nad brzegiem stawu. Po kilkunastu minutach odbijamy na żółtą ścieżkę, która kończy się na szczycie góry. Droga na Granat to mozolne i dość wyczerpujące podejście. Krok po kroku pniemy się do celu. Osobiście uwielbiam takie trasy bo z każdym pokonanym stopniem łapie się niesamowitą wysokość. Kiedy byłem trochę młodszym człowiekiem to po górach praktycznie biegałem ale swego czasu w pewien napotkany w schronisku górołaz popijając piwko oświecił mnie, zdradzając mi swój sekret. Pociągając sporego łyk piwa z butelki powiedział: Kiedy jesteś wysoko nie śpiesz się, ciesz się chwilą, podziwiaj widoki, słuchaj ciszy. Kontempluj naturę i ładuj wszystko do głowy, żeby starczyło Ci wspomnień do czasu kolejnego wyjazdu.
Od tamtej pory zmieniłem filozofię moich górskich wędrówek. Odkryłem, że takie obcowanie z górami daje mi jeszcze więcej satysfakcji, radości i spokoju. Pnąc się pod górę co jakiś czas spotykamy schodzących turystów. Pozdrawiamy się nieśmiertelnym górskim „cześć”, czasem przystajemy żeby kurtuazyjnie wymienić kilka zdań. Ludzie w górach są jakby trochę inni. Łatwo nawiązują kontakt, częściej się uśmiechają. Jest tak może dlatego, że wszystkich nas łączy jedna i ta sama pasja.
Meldujemy się na szczycie, zmęczeni ale szczęśliwi. Olka zalicza wysokość 2225 metrów bo tyle ma Skrajny Granat. Wyciąga aparat fotograficzny i cyka zdjęcia. Mimo, że na niebie wiszą chmury to widoczność mamy elegancką. Pogoda jest dla nas łaskawa. Tu zacytują mojego przyjaciela Piotra „ każdy ma taka pogodę na jaka zasługuję” My zasługujemy 😉 . Widoki przed naszymi oczyma rozpościerają się przepiękne. Oboje nie możemy się napatrzyć.
Ku mojemu zdziwieniu nie ma zbyt wielu ludzi jest naprawdę kameralnie. Wcinamy szybki posiłek, uzupełniamy płyny. Czas umyka nam nieubłaganie. Spoglądamy w stronę pozostałych dwóch Granatów. Szczyty masywu są tak blisko, dosłownie na wyciagnięcie ręki. Mimo to odpuszczamy temat. Pora jest już dość późna, ruch na grani spory więc nie ma co się tam pchać. Uśmiechając się mówię, że Ola będzie miała powód, żeby tu wrócić.
Schodzimy ta sama drogą, która weszliśmy. Samo zejście poszło nam stosunkowo szybko. Obywa się bez żadnych przygód. Trochę żal schodzić ale przecież jutro też jest dzień. No właśnie. W pierwotnej wersji planowałem wracać do Krakowa i rano znowu przyjechać autobusem. Jednak Ola namawia mnie żebym przenocował u nich na kwaterze w Poroninie. Nie chcę nikomu robić problemu ale z drugiej strony fajnie będzie spotkać się z rodzinką i nadrobić zaległości. Przy Murowańcu robimy krótki postój na toaletę. Do Kuźnic schodzimy drogą przez Boczań. Na dole łapiemy bus do Zakopanego. Wcinamy w Fisie obiadokolację. Potem robię zakupu w pobliskim sklepie spożywczym. Znowu bus do Poronina i jesteśmy w domu. Wieczór upływa nam na nadrabianiu zaległości rodzinnych i planowaniu jutrzejszego dnia. Poza tym poznaje Adama. Syna mojej gospodyni. Jak się później okażę spotkanie te będzie w przyszłości miało swój dalszy. Późnym wieczorem po dniu pełnym wrażeń walę się do wyrka. Zasypiam nie mogąc doczekać się poranka…
Koniec
