Siadamy na ławce przed kościołem. Słońce przyjemnie grzeje nasze twarze. Najlepsze jest to, że dzieci nie dzwonią. Jesteśmy wdzięczni Monice, Markowi i generalnie czujemy się zobowiązani za te chwile tylko we dwoje 😉 .  Łapiemy oddech i obserwujemy co dzieje się dookoła nas. W pobliżu rozłożone jest stoisko, gdzie wystawiono przeróżne pamiątki. Typowo turystyczny asortyment. Jest wszystko, tylko klientów brak. Tramwaj nr 28 co jakiś czas z łoskotem przemyka za naszymi plecami. Turystów w wagonach praktycznie zero. Do kościoła św. Antoniego też  tłumów brak. To wszystko po raz kolejny uzmysławia nam w jakim czasie znaleźliśmy się w Lizbonie. Patrząc na siebie stwierdzamy, że pora ruszyć tyłki na kawę, a że jesteśmy już praktycznie u wrót Alfamy to decydujemy, że idziemy na kawę do pastelarii, którą darzymy ogromnym sentymentem.
Po drodze zaglądamy na Bramę Słońca. Punkt widokowy, z którego podziwiamy Tag. Na szczęście na rzece nie ma żadnych wycieczkowców, dlatego też widok jest „nieskalany”. Stoimy tam kilka dobrych minut i gapimy się na Alfamę. Ten punkt widokowy jest bardzo klimatycznym miejscem. Zazwyczaj jest on przepełniony turystami, ale nie dziś. Teraz jest cicho i spokojnie dlatego też, odkrywamy tę miejscówkę na nowo. Całą „Bramę Słońca” mamy praktycznie dla siebie. Jest oczywiście kilka osób, ale ich ilość jest dosłownie symboliczna. Jest coś magnetycznego w tym miejscu. Niby człowiek widzi tylko rzekę, dachy domów na Alfamie, kopułę Panteonu Narodowego i Kościół św. Stefana, a można by tam stać i stać.

Czas nas goni, a więc chcąc jeszcze spędzić kilka chwil na kawie, zbieramy się i żegnamy z  Miradouro das Portas do Sol. Schodami pomykamy w dół.  Kilka kroków i już jesteśmy między kamienicami i na dobre zagłębiamy się w dzielnicę. Odpalam mapę, wklepuję adres Rua da Regueira 39. Idziemy przez kręte wąskie uliczki.
Lubię Alfamę chyba ze względu na zabudowania. Małe domki, kamienice oddzielone od siebie wąskimi ciągami komunikacyjnymi. Jest tu wręcz klaustrofobicznie. Ci z Was, którzy lubią otwarte przestrzenie mogą się tu  czuć niekomfortowo. Mijamy kilku lokalsów. Idąc zwracamy uwagę na to, że jest cicho i brak turystów, których przed pandemią po Alfamie często oprowadzali przewodnicy.
Do Alfama Doce pierwszy raz trafiliśmy z Magdą z „Sekretów Lizbony” podczas naszego wspólnego spaceru. Bardzo to miejsce przypadło nam do gustu. Mała rodzinna kawiarnia ukryta między niskimi zabudowaniami. Trzeba się trochę nakręcić żeby do niej trafić ale powiem Wam, że warto. Kawa wyśmienita, wypieki epickie, szczególnie „odjazdowe” ciastka z dorszem, wyborne pastais de nata. No i oczywiście niesamowity wiśniowy napitek – ginjinha. Nie ściemniana, lana w kieliszki tak od serca.
Do kawiarni wpadają głownie miejscowi. Turyści ze względu na położenie zaglądają tu zdecydowanie rzadziej. Dlaczego? Jak wspomniałem wcześniej lokal wciśnięty jest między zabudowania. Nie ma ogródka na zewnątrz, gdzie można siąść, brak spektakularnych widoków i to wszystko raczej „obcych” nie przyciąga. Nie wiem czy sami byśmy odkryli to miejsce. Podejrzewam, że raczej nie. Natomiast  wystarczy przekroczyć próg lokalu, by spotkać się z uśmiechem, życzliwością, tymi wszystkimi smakołykami i pyszną kawą. Ilekroć tam jestem, to zawsze czuję w tym miejscu dobrą energię.
Na miejsce docieramy w ostatniej chwili, bo nasze organizmy zdecydowanie domagają się kawy. Po przekroczeniu progu kawiarni z uśmiechem na twarzy wita nas starsza Pani. W pastelrii nikogo nie ma. Zajmujemy stolik. Zamawiam kawę, „ichnie” ciastka i oczywiście po kieliszeczku wiśniowego lekarstwa 😉 .
Co ważne wiśnióweczkę starsza Pani podaje nam w szklanych kieliszkach, nie tam w jakimś plastiku.  Niestety nie ma już ciastek z dorszem, na które liczyłem. Jestem tym trochę zawiedziony, ale pierwszy łyk kawy wynagradza mi moje rozczarowanie. Cóż, na dorszowe specjały trzeba tu koniecznie wrócić. Siedzimy w Alfama Doce dobre pół godziny. Przez ten czas praktycznie nikt tu nie zajrzał. Dla takich małych kawiarni, które nie są położone w centrum miasta czy bliżej głównych szlaków komunikacyjnych, czas pandemii jest wyjątkowo ciężki. Tym bardziej trzymamy kciuki za to miejsce. Mamy nadzieję, że po zakończeniu tego trudnego czasu, można będzie w nich napić się kawy. Oby takie małe kawiarnie przetrwały, bo wnoszą wiele uroku i klimatu. Poza tym są to miejsca, bez których mieszkańcy nie wyobrażają sobie życia.  No i oczywiście w większości  z nich serwują znakomitą kawę.
Spoglądam na zegarek, co w Lizbonie zdarza mi się niezmiernie rzadko. Kontroluję czas i zastawiam się ile jeszcze Markom zajmie dotarcie z dzieciakami do Muzeum Fado. Kawiarnia, w której siedzimy od budynku muzeum znajduje się dosłownie kilka minut spacerem. Jesteśmy umówieni tak, że kiedy oni będą już zmierzać w tym kierunku, dadzą nam znać. Spotkamy się przed budynkiem i tam przejmiemy dzieciaki, żeby oni mogli na spokojnie tę świątynię lizbońskiej muzyki zobaczyć. Młodzi w klimatach fado się nie „kręcą”. Ala i ja też nie, więc my nie mamy parcia żeby zwiedzić tę atrakcję. Dla Marka i Moniki ten punkt w trakcie naszego pobytu w stolicy Portugalii jest obowiązkowy. W pewnym momencie na telefon dostajemy informację, że ekipa jest już w drodze. Płacimy rachunek, żegnamy się z „naszą” kawiarnią do następnego razu i wychodzimy.  Spacerem schodzimy na sam dół Alfamy.

 

CDN…