Skoro świt idziemy z Alą do sklepu. Wchodzimy do marketu. Robimy zakupy na śniadanie i w zasadzie już na obiadokolację. Postanawiamy, że dziś zamiast rozbijać się po restauracjach wieczorem przyrządzę moje danie popisowe czyli krewetki a la Zmysłamiprzezświat (przepis znajdziecie tu https://www.xn--zmysamiprzezwiat-myc27b.pl/belem/). Mam małą tremę i czuję na barkach kulinarną odpowiedzialność. Jestem ciekawy czy trafię w gusta Marków. Z tego co wiem oni owocami morza zajadali się będąc swego czasu na Fuercie. Zapewne były one podane w najlepszym wydaniu. Poprzeczka zawieszona jest wysoko. Mam nadzieję, że podołam. Kilogram krewetek mrożonych to koszt 9€.
Sprzedawczyni ładuje mi do siatki grubo ponad kilogram. Do tego kupuję oliwę, czosnek i oczywiście pietruszkę. Do kompletu bagietki i białe wino. Jeszcze zakupy na śniadanie i tak obładowani dobrami wszelakimi wracamy z Alą do domu. Oczywiście nie obchodzi się bez kawy w Pastelarii SA. Pani kiedy nas widzi od razu pyta, czy to samo co poprzednio. Tak się już wkręciliśmy w dzielnicę, że zna nas już nawet ekspedientka w miejscowej kawiarni. W mieszkaniu towarzystwo już na nogach. Stół przygotowany do śniadania. Wszyscy siadamy i rozpoczynamy poranną biesiadę. Patrzę tak na nas kiedy siedzimy przy stole i myślę sobie, że chyba tak wyglądają rodzinne posiłki u południowców. Oczywiście jest jedzenie, oczywiście obowiązkowo wino a do tego mnóstwo śmiechu, rozmów i dobrej energii. Zdecydowanie urlopowe poranki w Lizbonie nastrajają bardzo pozytywnie. Plan na dziś jest trochę inny niż zwykle a to dlatego, że Marki zabierają dzieciaki i jadą do oceanarium. Całym składem mamy spotkać się popołudniu pod muzeum Fado. Po śniadaniu zbieramy się na metro. Humory dopisują. Cieszę się na ten dzień, bo będziemy mogli spędzić go razem z Alą – tylko we dwoje. Nie mamy żadnych konkretnych planów. Całą ekipą docieramy na stację metra i tam się rozdzielamy. My wskakujemy w nasz pociąg i wysiadamy na Baixy. Śmigając metrem ustalamy, że dziś postaramy się kupić azulejlos z podobizną św. Antoniego. Mamy już namiar na sklep, do którego pójdziemy. Kiedy byliśmy na spacerze z naszą przewodniczką Kają znaleźliśmy takie kafle, które mi się spodobały i dziś zamierzam je kupić. Poza tym chcemy się przejść starymi utartymi ścieżkami po Murarii, Alfamie. Tam jest tak klimatycznie, że można chodzić po tych dzielnicach bez końca. Gdzie ostatecznie nas poniesie to się okaże. W Lizbonie nigdy nic nie wiadomo i między innymi za to też kocham to miasto.
Jedno jest pewne. Musimy po południu dotrzeć pod muzeum Fado i tam przejąć młodych, żeby Monika i Marek mogli na spokojnie zobaczyć tę atrakcję. Z metra wysiadamy na Baixa i spacerem idziemy na plac Martim Monitz, gdzie przekraczamy bramy Mourarii. To jedna z najstarszych dzielnic Lizbony. Zamieszkiwali tam Maurowie do roku 1147r. kiedy to z ich „rąk” miasto przejęli chrześcijanie . Tak na marginesie historia Lizbony jest bardzo ciekawa i burzliwa. Jeśli będziecie chętni to warto się tym tematem zainteresować. Szczególnie przed przybyciem do Lizbony. Ta wiedza pozwoli trochę inaczej spojrzeć na stolicę Portugalii. Mouraria za sprawą pewnej damy, która nazywała się Maria Severa stała się kolebką Fado. To pośród zaułków tej dzielnicy Maria wyśpiewywała swoje melancholijne pieśni, co dało początek temu gatunkowi muzycznemu. Lubimy chodzić po tej dzielnicy. Mimo, że nie jest zbyt reprezentatywna, to jej klimat jest niepowtarzalny.
Wąskie uliczki, wisząca w oknach na sznurkach bielizna, stare rozpadające się kamienice z wklejonymi w nie sklepikami. Zamieszkują tu głównie ludzie biedni i przybysze z dawnych kolonii portugalskich. Kiedy wchodzimy w głąb mamy wrażenie, że czas się zatrzymał. Mimo, że jak pisałem wcześniej, dzielnica nie jest zbyt reprezentatywna, to staje się powoli ofiarą mody na Lizbonę i związanego z tym bumu turystycznego. Podczas naszego spaceru widzimy już gdzieniegdzie, że stare kamienice są remontowane. Nie trzeba być specjalnie ogarniętym żeby dostrzec, że domy te będą przeznaczone pod krótkotrwały wynajem dla turystów. Z Alą mamy mieszane uczucia. Fajnie, że turystyka się rozwija i miasto czerpie z tego wiele korzyści, ale powinno być to tak zorganizowane żeby Lizbona nie traciła swojego klimatu i uroku. I najważniejsze, żeby ludzie mieszkający tam od pokoleń nie byli zmuszani do opuszczania swoich dotychczasowych domów i przenoszenia się gdzieś na obrzeża miasta. Taka sama sytuacja jest na Alfamie – kolejnej dzielnicy, do której zmierzamy. Tam też jest bardzo widoczny trend przebudowywania starych kamienic pod kątem krótkotrwałego wynajmu turystom. Zdecydowanie zaburza to równowagę między tym co rdzenne, a tym co nowe. Z tym, że w tym przypadku nowe nie zawsze musi oznaczać lepsze. Co ciekawe, z uwagi na zamieszkująca tam biedotę, Mouraria jest owiana złą sławą. Podobno może być tam niebezpiecznie. My czujemy się tam jak u siebie. Jak do tej pory nic przykrego nam się tam nie przydarzyło. Co prawda nigdy nie chodziliśmy po dzielnicy nocą, więc nie wiemy jak toczy tam się życie po zmroku. W dzień jest super i naprawdę warto zobaczyć ten zatrzymany w czasie fragment miasta. Ciekawą rzeczą, która rzuca się nam w oczy na Mouraruii są czarnobiałe zdjęcia na ścianach budynków. Przedstawiają one mieszkańców domów na których są zawieszone. Niektóre z tych osób nie żyją, ale są jeszcze tacy, którzy cieszą się dobrym zdrowiem. Dziwne to uczucie kiedy patrzymy na takie fotografie i wiemy, że osoba na niej przedstawiona może być w tej chwili w swoim mieszkaniu i gotować obiad 😉 .
Niesamowicie jest tak na spokojnie połazić sobie po lizbońskich uliczkach. To akurat plus pandemii, o ile o plusach można mówić. Turystów praktycznie nie ma. Czujemy się jak goście specjalni. Z dzielnicy Maurów naturalnie kierujemy się w okolicę zamku Św. Jerzego. To właśnie w jego sąsiedztwie znajduje się mały sklepik, gdzie czeka na mnie mój św. Antonii. Po drodze będąc już na Alfamie odkrywamy niesamowite miejsce. Biegnący wzdłuż ulicy biały mur kończy się dobudówką, nad która wiszą dwa szyldy.
Na jednym napisane jest: „Chapito anos”, a na drugim: „A Escola e Ncena”. Mimo, iż są to dwa oddzielne szyldy to ich szata graficzna i sposób wykonania sugerują że dotyczą jednej i tej samej rzeczy lub miejsca. Pod szyldami widzimy drzwi, za którymi jest mały sklepik z pamiątkami. Ala bez wahania wchodzi do środka. Miejsce to wymyka się standardom normalnego punktu handlowego. Asortyment to w dużej mierze kolczyki, bransoletki, wisiorki. Oglądając je stwierdzamy, że są to wyroby ręcznie robione. Zero chińszczyzny. Rzeczy naprawdę godne uwagi. W pewnym momencie zwracamy uwagę na drzwi prowadzące na zewnątrz. Za drzwiami z kolei są schody. Patrzymy na siebie porozumiewawczo i bez wahania przekraczamy ich próg. Schodzimy kilka stopni i trafiamy na restaurację z kapitalnym widokiem.
Lokal wciśnięty między kamienice a wznoszący się mur. Z jego tarasu rozpościera się fantastyczny widok na Tag. Miejsce idealne do wypicia kawy czy lampki wina. Teraz już wiemy o co chodzi z tymi dwoma szyldami. Jeden to szyld sklepu a drugi restauracji. Stoimy tam chwilę zastawiając się czy mamy ochotę na kawę. Jednak odpuszczamy temat. Postanawiamy, że na małą czarną zajdziemy do Alfama Doce.
To pastelaria, do której mamy duży sentyment. Pijąc tam kawę chcemy wesprzeć ich w ten sposób w pandemicznym czasie.
Z restauracji wychodzimy tak jak weszliśmy czyli przez sklep. Nasze kroki kierujemy do Portugalidades. Tam czeka na mnie mój Antoni namalowany na dwóch ceramicznych płytkach. Znalazłem go podczas spaceru, na którym kilka dni wcześniej byliśmy z Kają. W zasadzie to ona znalazła to miejsce, za co jestem jej wdzięczny. Kiedy trafiłem do tego sklepu pierwszy raz, kobieta tam sprzedająca pokazała mi panele z Antonim. Podobało mi się wykonanie ale wówczas stwierdziłem, że jeszcze się rozejrzę. Sprzedawczyni na kartce papieru z nazwą sklepu napisała mi adres, pod który teraz zmierzaliśmy.