Mikulovski zamek

Rano pobudka. Przez okno do środka naszego pokoju zagląda czeskie słońce. Dobrze jest się wyspać po dniu spędzonym w podróży. Mam przeczucie, że dziś będzie bardzo fajny dzień. Zresztą nie ma innej opcji – jesteśmy przecież na Morawach. Zabieramy ze sobą jedzenie i schodzimy na dół, ogarnąć nam śniadanie. Oprócz nas w kuchni są już osoby, które także mieszkają w naszym pensjonacie. Przy okazji porannego posiłku jedyne, czego nam brakowało, to muzyki. Aż się prosiło o jakąś fajną nutę z radia, a tak to panowała lekko niezręczna cisza. Cóż, może tu są takie klimaty 😉 . Po śniadaniu robimy sobie kawę z ekspresu i z filiżanką w ręku wychodzimy przed pensjonat. Siadamy na ławce i w słońcu rozkoszujemy się małą czarną.
Gapiąc się w słońce, postanawiamy, że nasz dzisiejszy dzień zaczniemy od wizyty w mikulovskim pałacu – zamku, a co potem, to się zobaczy. Osobiście chciałem dziś jeszcze odwiedzić winiarnię o wdzięcznej nazwie Cibulka. Czytałem gdzieś wcześniej na jej temat, że oferuje bogaty wybór wina. Co ważne, pochodzi ono z ekologicznych upraw winorośli i jest dostępne w niewygórowanej cenie. Na prezent z podróży jak znalazł 😉 . Ala z kolei za priorytet postawiła sobie zobaczenie synagogi i żydowskiego cmentarza. Dźwigamy zatem nasze cztery litery z ławeczki. Po schodach wdrapujemy się do pokoju. Do plecaka pakujemy przewodnik, i w drogę.

Przechodząc przez starówkę, docieramy do zamku w okamgnieniu. Fakt, że Mikulov nie jest dużym miasteczkiem, to niewątpliwie jego zaleta dla turysty, bo wszędzie jest blisko. Nasz dzisiejszy pierwszy cel wznosi się na wzgórzu i jest swoistą dominantą miejscowego krajobrazu. Pałac pierwotnie był romańską warownią. Na przestrzeni wieków został kilka razy przebudowany i przeszedł znaczącą metamorfozę, począwszy od stylu gotyckiego po barok. Przechodzimy przez bramę strzegącą wejścia do środka. Wewnątrz spotykamy turystów, jednak ich liczba jest daleka od tego, żebyśmy mogli powiedzieć o tłumach. Wchodzimy do pomieszczenia, w którym sprzedawane są bilety uprawniające do zwiedzania.
Tam orientujemy się, że pałac możemy obejrzeć w kilku wariantach wycieczkowych. My decydujemy się na dwie opcje. Pierwsza, to krótka przechadzka po zamkowych piwnicach, dotycząca historii produkcji wina na terenie Moraw. Druga, to już dłuższa akcja, czyli zwiedzanie komnat zamkowych z przewodnikiem. Wycieczki tak są ułożone, że zaczynamy od historii wina. Grupa, z którą przyszło nam zwiedzać, jak na możliwości przewodnika, nie jest zbyt liczna. Wpływ na to ma na pewno panująca pandemia. Mimo że w Czechach raczej się nią nikt zbytnio nie przejmuje, to „gołym okiem” widzimy, że ruch turystyczny jest zapewne dużo mniejszy. Po kilkunastominutowym czasie oczekiwania pojawia się nasz przewodnik. Co ciekawe, młody mężczyzna bez wahania podchodzi do nas i wręcza dwa urządzenia służące nam jako językowe elektroniczne wsparcie. Patrzymy z Alą na siebie i zastanawiamy się, skąd gość wiedział, że spośród całej grupy tylko my nie mówimy po czesku. Ta kwestia pozostała nierozwiązana ;). Zwiedzanie zaczynamy od zejścia do podziemi, gdzie w pomieszczeniu piwnicznym widzimy kilka stojących pras winiarskich.
Natomiast bezapelacyjną królową i dumą tego miejsca jest olbrzymia beczka na wino. Z naszych elektronicznych przewodników dowiadujemy się, że to jedna z największych tego typu beczek do przechowywania wina w całej Europie. Może ona pomieścić 135 tysięcy butelek wina, waży 26 ton. Ta potężna beka robi na nas duże wrażenie. Obchodzimy ją dookoła, podziwiając kunszt średniowiecznych bednarzy. Wszystko, co znajduje się w piwnicy, jest związane z produkcją wina. To uzmysławia nam, że jesteśmy w centrum kraju winem płynącego. Mimo, że nie słyszę naszego czeskiego przewodnika, to bacznie go obserwuję. Mężczyzna swoje opowieści wzbogaca żywą gestykulacją, a grupa co jakiś czas wybucha śmiechem. Na chwilę ściągam z uszu słuchawki, jestem ciekawy, czy coś będę w stanie zrozumieć po czesku. Wydaje mi się, że nasze języki są troszkę do siebie podobne. Niestety, z tego co opowiadał przewodnik, nie rozumiałem nawet pół zdania. Po tym nieudanym lingwistycznym eksperymencie zakładam na uszy słuchawki i już do końca zwiedzania ich nie ściągam. Wraz z grupą wychodzimy z piwnic. Na górze przechodzimy jeszcze przez kilka pomieszczeń, w których dowiadujemy się o historii wytwarzania wina na Morawach, uprawie winorośli, o ich pielęgnacji, zbiorze, obyczajach „winiarskich” i oczywiście samym procesie wytwarzania tego trunku.
Nasz przewodnik szczególnie zwraca nam uwagę na fakt, że od momentu przystąpienia Czech do Unii Europejskiej, produkcja tego alkoholu na Morawach drastycznie spadła. Cały region jest w stanie wytworzyć ogromne ilości wina, jednak limity nałożone przez wspólnotę państw europejskich sprawiają, że produkcja jest bardzo ograniczona. Zresztą w całych Czechach, nie tylko na Morawach, bardzo się z tego powodu ubolewa. Nasza pierwsza wycieczka dotycząca historii wina na Morawach trwa około 30 minut. Po jej zakończeniu idziemy pod drzwi wejściowe, które prowadzą do wnętrza zamku. Tam czekamy na kolejnego przewodnika, który tym razem będzie nas oprowadzał po zamkowych komnatach. Po chwili oczekiwania pod drzwiami zjawia się pani przewodnik. Podobnie jak jej poprzednik i ona wręcza nam elektroniczne audiobooki, za pomocą których odsłuchamy historię zwiedzanych pomieszczeń. Co ciekawe, jak się później okazało, z tych elektronicznych urządzeń korzystaliśmy ponownie tylko my dwoje. Reszta zwiedzających to Czesi. Sam spacer trwa ponad dwie godziny. Chodzimy od komnaty do komnaty, a jest ich sporo. W każdej z nich dowiadujemy się o historii zamku, właścicielach, którzy nim zarządzali, dziejach i wydarzeniach, które miały tu miejsce. Na nas szczególne wrażenie robi zamkowy taras, z którego rozpościera się piękny widok na okolicę i otaczające obiekt ogrody. Poza tym mamy również okazję być w komnacie, w której Napoleon Bonaparte prowadził pokojowe rozmowy między Francją a Austrią po bitwie pod Austerlitz.

Wychodzimy z zamku. Pierwsza największa, i to dosłownie, atrakcja turystyczna Mikulova jest za nami. Cały pobyt uznajemy za w miarę ciekawy, chociaż, jak to się potocznie mówi, „dupy nie urywał”. Idąc przez starówkę, dyskutujemy i dochodzimy do wniosku, że pewnie wiele straciliśmy z uwagi na to, że nie rozumiemy ani słowa po czesku. Korzystanie z audiobooków jest w tym wypadku opcją, jak dla mnie, mocno zastępczą. Niby treści przekazywane są ciekawe i nie ma problemu z obsługą urządzenia, jednak jestem przekonany, że zwiedzanie z „żywym” przewodnikiem byłoby dużo ciekawsze. Pewnie umknęło nam wiele „smaczków”, które, jak to często bywa, przewodnicy mają w zanadrzu. Ale cóż. Morał z tego taki, że trzeba się uczyć języka czeskiego 😉 . Zastanawiamy się z Alą, co dalej. Obydwoje postanawiamy, że idziemy do domu po rowery. Pojedziemy nimi do samego źródła zaopatrzyć się w wino, czyli zawitamy do winiarni Cibulka. Na deser zostawiamy sobie synagogę i zajrzymy na największą żydowską nekropolię na Morawach.

 

CDN…