W poszukiwaniu restauracji

Opuszczamy leśną ścieżkę i wychodzimy na otwartą przestrzeń. Po kilku krokach z lewej strony widzimy przepiękne pole lawendy, przy którym stoją pszczele ule. Owadzie domy nie przypominają tych, które widywałem wcześniej. Wygląd tych stojących przy drodze kojarzy mi się z nowoczesnymi apartamentowcami.  Zauważam, że w hodowli pszczół, a raczej w konstrukcjach ich domów, świat poszedł mocno do przodu 😉 . Przystajemy na moment i przyglądamy się temu, jak te pracowite owady uwijają się przy swoich domkach. 
 Jednak to rośliny zdecydowanie przykuwają nasz wzrok. Taka ilość kwiatów robi na nas ogromne wrażenie. Słowem, pięknie. Szkoda tylko, że lawenda jest już po kwitnieniu, bo wówczas do kapitalnego widoku, doszedłby jeszcze niesamowity zapach. Lawendowe pole jest dla nas miłą niespodzianką. Nie spodziewaliśmy się takiej atrakcji w Czechach. Jednocześnie dochodzimy do wniosku, że widocznie nastała moda na tą wspaniałą roślinę, co nas zresztą bardzo cieszy. Sami przed naszym domem mamy parę krzaczków lawendy, którymi zachwycamy się każdego letniego dnia.  
Patrząc na lawendowy dywan stwierdzamy w końcu, że nadeszła pora na zjedzenie jakieś obiadokolacji. Przed wyjściem z domu chłopak, który nas kwaterował, polecił nam dwie restauracje, do których zamierzamy się udać. Powoli kierujemy się w stronę centrum.  Idąc po kamiennej kostce, mijamy stylowe zabudowania. Podziwiamy architekturę i rozkoszujemy się ciszą. Przez cały nasz spacer  nie spotykamy praktycznie żadnego człowieka. Przedmieścia Mikulova wyglądają jak wymarłe. Zastanawiamy się, co jest tego przyczyną. Śmiejemy się, że jesteśmy już tak bardzo na południu Europy, że może Czesi też maja sjestę, a przyjezdni w tym czasie siedzą już w restauracjach.
Im bliżej jesteśmy mikulovskiego rynku, tym częściej pojawiają się turyści. Po drodze zachodzimy do winoteki.  Jest to lokal, w którym podawane jest wino z miejscowych winnic. Oprócz zamówienia wina na kieliszki, można też kupić trunek na butelki. W środku półki uginają się od asortymentu. Różne roczniki, gatunki – wszystko czego tylko dusza winiarska potrzebuje. Siadamy przy stoliku, dostajemy kartę. Nie mamy pojęcia, na jakie się zdecydować. Oczywiście w karcie wszystko po czesku.
O pomoc prosimy panią za ladą. Kobieta z uśmiechem wskazuje nam dwie propozycje, na które od razu się decydujemy. Polecone winko jest super – ma bardzo ciekawy smak. Nie jestem sommelierem, więc nawet nie odważę się Wam go opisać 😉 .Trunek podany jest w idealnej temperaturze, w klasycznych kieliszkach. Słowem, pełen profesjonalizm. To tylko utwierdza nas, że jesteśmy w regionie o bogatych tradycjach w tym temacie. Kieliszek wina tylko podkręca nasze apetyty.
Zbieramy się i idziemy na rynek. Po drodze przystajemy i spoglądamy w stronę Świętego Pagórka i stwierdzamy, że dziś przeszliśmy całkiem spory dystans. Idąc w kierunku rynku, postanawiamy jeszcze zajść do synagogi, która usytuowana jest u podnóża mikulovskiego zamku. Niestety po dotarciu na miejsce, okazuje się, że obiekt jest zamknięty. Ala jest tym faktem trochę rozczarowana. Zgodnie stwierdzamy, że zajedziemy tam jutro. Tymczasem głód jest już na takim poziomie, że musimy, mówiąc kolokwialnie, wrzucić coś na ruszt 😉 . Wychodzimy na rynek. Pierwszy raz mamy okazję mu się dokładnie przyjrzeć. W oczy rzuca się dominujący styl renesansowy, barokowa fontanna, klimatyczne kamieniczki i obiekt, który pierwotnie był kościołem loretańskim, a w połowie XIX wieku został zaadoptowany przez ród Dietrichsteinów na rodzinny grobowiec. Szczególnie on robi na nas wrażenie. Oczywiście rynek nie istniałby bez licznych kawiarenek, restauracji, sklepów z pamiątkami, punktami usługowymi. Słowem, tym wszystkim, co mieszkańcom Mikulova i turystom jest niezbędne do życia 😉 .
My przyglądając się temu wszystkiemu, tj. zabudowie, klimatowi, ludziom, zauważamy podobieństwo do naszego Kazimierza Dolnego nad Wisłą. Dobra, my tu gadu-gadu, a jeść się chce. Widząc tyle opcji naokoło, szukamy dwóch rekomendowanych restauracji. Namierzamy pierwszą. Wchodzimy do środka. Stoliki wolne, jednak szybko zostajemy poinformowani, że lokal jest zarezerwowany i tu niestety nie zjemy. Idziemy do kolejnej – sytuacja identyczna jak w poprzedniej. Jesteśmy tym trochę poirytowani, no bo jak to! Takie turystyczne miasto, a nikt nie chce nas nakarmić? Trudno, idziemy dalej. Wchodzimy do kolejnego lokalu i … dupa. Znowu ta sama śpiewka – lokal zarezerwowany w całości. Zastanawiamy się, o co chodzi. Trzecie podejście już porządnie nas wkurza. Rozglądamy się, gdzie by tu zjeść. Oczywiście w oczy rzuca się nam punkt z kebabami, oblegany przez turystów niczym Stalingrad przez wojska Wermachtu. Kebab jednak zdecydowanie odpada. Żołądek Ali tego kultowego fast foodu by nie dźwignął. Szukając miejsca, w którym możemy coś zjeść, trafiamy do lokalu KUK-BISTRO.

 

CDN…