Kulinarna czeska „Arka” bez Noego

Postanawiamy z Alą, że na kolację pójdziemy pieszo mimo, że od lokalu dzieli nas około 2,5 km, co przekłada się na półgodzinny spacer. Jesteśmy bardzo ciekawi Brna tym bardziej, że nasza restauracja o biblijnej nazwie „ARKA” znajduje się zdecydowanie poza centrum miasta. Obieramy kurs i w drogę. Mijamy osiedle domków jednorodzinnych,  jakieś sklepy i tzw. „vinotekę”, czyli w tym wypadku znajdujący się na parterze domu jednorodzinnego sklepik z winami. Ten widok przypomina nam, że jesteśmy w Brnie, które nosi miano Bramy Moraw, a ten region słynie przede wszystkim z winnic i produkcji wina. Nasz spacer po części przebiega wzdłuż brzegów rzeki Svartki, nad którą leży Brno. Po drodze mijamy klub wioślarski i to raczej byłby wszystko, co jest godne uwagi. Natomiast jedna rzecz wpada nam w oko. Po drodze mija nas mnóstwo rowerzystów, pędzących ścieżką rowerową wiodącą wzdłuż brzegów rzeki. To przekonuje nas, że prawdopodobnie jesteśmy w mieście przyjaznym rowerzystom i to, że zabraliśmy ze sobą rowery było dobrym pomysłem. Co ciekawe wszyscy rowerzyści mają na głowie kaski. Nie wiem czy w Czechach jest taki obowiązek czy nie, ale kaski na głowach mają wszyscy, którzy nas mijają. Spacer do restauracji polecanej przez kelnera strasznie nam się dłuży. Idziemy, idziemy, a lokalu nie widać. Co chwilę spoglądam na mapę w telefonie i odliczam metry, które zostają nam do celu. Wreszcie naszym oczom ukazuje się budynek. Rozglądam się po okolicy i stwierdzam, że stojący na rogu dom musi być tym do czego zmierzamy.
Nasz prawie półgodzinny spacer kończy się sukcesem. Na rogu ulicy naszym oczom ukazuje się restauracja „ARKA”. Bynajmniej nie przypomina ona łodzi Noego. Widok z zewnątrz niezbyt zachęcający, ale jesteśmy tak głodni, że bez namysłu wchodzimy do środka. Żeby to zrobić przechodzimy przez „ogródek”, gdzie przy stołach siedzą miejscowi i to jest dobry znak.
Wewnątrz jest czysto, schludnie, a do tego serdecznie wita nas pani kelnerka. Noego nigdzie nie widać, ale nam to wcale nie przeszkadza 😉 . Z głośników leci muzyka grana przez jakąś czeską rozgłośnię radiową.  Postanawiamy, że zjemy w środku. Siadamy przy stoliku, prosimy o kartę  i zaczyna się zabawa. Pani kelnerka oświadcza nam po czesku, że ona języka angielskiego nie rozumie. Z naszej próby komunikowania się z nią werbalnie wynika, że możemy porozmawiać po niemiecku, gdzie z kolei my nic  nie kumamy.  Na domiar złego karta dań tylko w języku czeskim. To utwierdza nas w przekonaniu, że faktycznie knajpa jest typowo dla lokalsów, a turystów tam raczej nikt nie widuje 😉 . Zawsze mam obawy w takich sytuacjach, kiedy za bardzo nie mam wpływu na to co mogę zamówić. Szukam wtedy klasyków i tak też było teraz. Pierwsze od czego zaczynamy naszą późną kolację, to toast lampką pysznego morawskiego wina. Z czeskiej karty dań wybieram nieśmiertelny smażony ser. Przynajmniej wiem co będzie na talerzu 😉  Ala natomiast zamawia kurczaka w serze z zapiekanymi ziemniakami.
 
Czekając na realizację zamówienia widzę, że do restauracji przychodzi coraz więcej Czechów i wygląda na to, że wszyscy się znają. Lubię takie klimaty, bo  atmosfera świadczy, że można tu spokojnie zjeść, napić się i miło spędzić czas. Jesteśmy już naprawdę bardzo głodni kiedy nasze dania lądują na stole. U mnie nie ma zaskoczenia. Na talerzu bomba kaloryczna w postaci smażonego sera i frytek 😉 . Po dniu w podróży i spacerze jaki był za nami, danie smakuje wybornie. Ali posiłek też jest bardzo smaczny. Filet z kurczaka zapiekany w serze, podawany z zapiekanymi ziemniakami. Wreszcie po całym dniu w podróży porządny posiłek. Do tego pyszne czeskie piwo i to jest dobre przywitanie się z czeską ziemią 🙂 . W restauracji siedzimy dobrych kilka chwil rozmawiając i planując jutrzejszy dzień Jesteśmy najedzeni tak, że nie chce się nam tyłków ruszać, ale czas się zbierać, tym bardziej, że chcemy jeszcze posiedzieć w lokalu, który mamy pod oknami naszego czeskiego domu. Na koniec dziewczyna przynosi nam rachunek, z którego za cholerę nic nie rozumiem. Pierwszy raz się spotykam z tak rozpisanym „paragonem”.

Regulujemy należność i żegnani uśmiechem wychodzimy z lokalu. Mimo, że było sympatycznie i jedzenie całkiem w porządku, to oboje stwierdzamy, że do ARKI już raczej nie zawitamy. Nie chodzi tu o to, że coś było nie tak, ale po prostu chcemy odkrywać nowe miejsca bardziej w centrum miasta, a już na pewno zdecydowanie bliżej naszej kwatery. Mimo, że się nie spieszymy, to droga do domu mija nam zdecydowanie szybciej niż w stronę przeciwną. Z reguły zawsze tak jest, że przy okazji powrotów czas jakoś szybciej „pomyka”. Teraz też mamy takie odczucie. Wpływ na to ma też fakt, że wiemy już jak dotrzeć na kwaterę. Idąc tak przedmieściami Brna po raz pierwszy mam odczucie, że to będzie dobry czas i w zasadzie czuję się jak u siebie.

 

CDN…