Podziemne Miasto Osówka

Wreszcie urlop. Nie taki jaki zaplanowaliśmy, ale taki na jakie pozwoliły nam warunki epidemiologiczne. Miał być Kraków i koncert, potem samolot i Rzym. Niestety pierwotne założenia legły w gruzach, ale nie ma tego złego. Morawy chodziły mi już długo po głowie, lecz wiecie jako to jest. Zawsze coś wyskoczy 😉 . Cieszę się, że Ala podchwyciła pomysł i w zasadzie to ona zorganizowała cały ten nasz  pandemic tour 2020.
Piątek 10 lipiec 2020r. Pakujemy się w Toyotę i jazda na Dolny Śląsk, gdzie jest nasza baza wypadowa do Czech. Jesteśmy załadowani pod sam sufit, a to dlatego, że zabieramy kota i dodatkowo dwa rowery, które zamierzamy wykorzystać w Brnie, gdzie czekają nas dwa dni. Na kolejne dwa dni przemieścimy się do Mikulova. Zanim to nastąpi w Kopańcu spotykamy się z naszymi dzieciakami, które są tuż przed podróżą do Kopenhagi. Tak się złożyło, że przed ich wyjazdem możemy wspólnie spędzić jeden dzień. Chcemy oczywiście razem się gdzieś wybrać, zobaczyć coś ciekawego. Za bardzo nie mamy pomysłu mimo, że Dolny Śląsk oferuje naprawdę wiele atrakcji, ale  jakoś tak nic nam „nie podchodzi”. Pada kilka propozycji jednak ostatecznie postanawiamy, że całą naszą ekipą plus dziadek Tadeusz pojedziemy do Osówki.
Chcemy zobaczyć część kompleksu Riese czyli podziemne miasto, które hitlerowcy wydrążyli w skale, a którego przeznaczenia do tej pory nikt nie zna. Jest to wielka tajemnica. Ta tajemnica towarzyszy nam przez cały nasz pobyt na terenie obiektu. Ale po kolei.
Do celu docieramy koło godziny 14.00. Nie  ma problemu żeby tam trafić a sama podróż zleciała nam w sumie całkiem miło. Zastanawiam się po drodze czego mogę się spodziewać i w zasadzie czuję lekkie podekscytowanie. Wiecie – podziemne miasto, tajemnice Dolnego Śląska, złoty pociąg, bursztynowa komnata. Oczami wyobraźni widzę Bogusława Wołoszańskiego, opowiadającego o skarbach III Rzeszy, no może być super 😉 
Po przybyciu na miejsce pierwsze co rzuca się nam w oczy, to budynek dookoła którego są usytuowane miejsca parkingowe. Z zaparkowaniem nie ma problemu. Wpływ na to może mieć kiepska pogoda oraz dosyć późna pora o której przybyliśmy. Obok głównego budynku stoi mniejszy, gdzie znajdują się toalety. Pierwsze swoje kroki Ala kieruje do głównego budynku, gdzie mieści się kasa. Co dziwne jest tylko jedno okienko obsługujące turystów. Mówiąc       „Podziemne Miasto Osówka” mam przed oczami coś naprawdę dużego z plątaniną licznych korytarzy, tajemniczych komnat i całej infrastruktury jaka takiemu miastu może towarzyszyć. Nie wiem jak inni, ale ja jaram się tą wyprawą.
Przy kasie okazuje się, że w sprzedaży są jeszcze tylko bilety z możliwością zwiedzania o późniejszej porze. W zasadzie wychodzi tak , że musimy poczekać godzinę żeby móc wejść do środka. Taka perspektywa podcina nam skrzydła i morale opadają na maxa. Nawet przez chwile pojawia się myśl, żeby wracać do domu. Jednak Ala stawia twarde veto i oświadcza, że nie po to taki kawał drogi tu jechaliśmy, żeby teraz spasować. Kupuje nam bilety, a pozostały czas do wejścia postanawiamy spędzić w restauracji, która mieści się w tym samym budynku co kasa.
Wewnątrz wszystkie stoliki są pozajmowane. Naszej piątce przypada miejsce  na zewnątrz. Nie jest to zbyt fortunne, bo zimno i tak jakoś nieprzyjemnie ale cóż, jak się nie ma co się lubi. Co do menu i tego na co mamy ochotę, to oczywiście praktycznie bez namysłu wszyscy zamawiamy nieśmiertelny żurek. Okazuje się , że niestety żurku brak. Decydujemy się na drugą „nieśmiertelną” opcję czyli rosół 😉 . Podana zupa jest mocno przesolona   i dosyć „cienka”. Dochodzimy do wniosku, że została ugotowana na wodzie z Bałtyku 😉 . Hubert stwierdza, że pierwszy raz w życiu  po rosole musi napić się wody. Szczerze mówiąc to nie spodziewałem się kulinarnych fajerwerków po restauracji dla rzeszy turystów. Generalnie nie ma co biadolić. Najważniejsze, że zostało zjedzone. Na miejscu  można też napić się kawy, herbaty czy piwa. Po czasie chcemy zamówić kawę i nawet nam się to udaje, jednak oczekiwanie na nią trwa tak długo, że nie ma opcji żebyśmy zdążymy ją wypić. Bez problemu jednak dogadujemy się z Panią sprzedającą, że skorzystamy z zamówienia po skończeniu naszego zwiedzania. Mi osobiście szkoda jest kelnerki, która sama jedna ogarnia całą turystyczną szarańczę i robi to jeszcze z uśmiechem na ustach – no szacunek.
Żeby wejść do podziemi obchodzimy budynek restauracyjny i przechodzimy jakieś 100m leśną drogą. Na końcu stoją wiaty, drewniane budynki, no i wykute w skale drzwi prowadzące do środka. Chwilę czekamy wraz z grupą turystów na naszego przewodnika, który zjawia się po kilku minutach. Każdy z nas na głowę ubiera foliowy czepek, zakładamy kaski i foliowe rękawiczki. Oczywiście na twarzach obowiązkowo są maseczki. Wszystko to z powodu koronawirusa i obostrzeń jakie są nałożone na ten obiekt, by mógł funkcjonować. Ubrani w te czepki, rękawiczki i maseczki na twarzach wyglądamy jak zespół szalonych chirurgów – jest niezły ubaw 🙂 .  Przewodnik przed wejściem do środka mówi nam o zasadach bezpieczeństwa i zwraca szczególną uwagę na to, żeby na głowie zawsze był założony kask. Pamiętajcie kask w takich miejscach to rzecz święta. Osobiście się o tym przekonałem, kiedy podczas naszego zwiedzania poszorowałem głową po skalnym suficie i pierwsze o czym pomyślałem to to, że dobrze mieć kask na głowie. Wchodzimy do środka. Czekam na to podziemne miasto, rozglądam się i jakoś nie mogę niczego dostrzec. Widzę  tylko wydrążone w skałach korytarze. Po krótkim spacerze stajemy przed ścianą przeznaczoną do wyświetlenia wizualizacji. Przewodnik mówi nam o historii II wojny światowej, ale generalnie to prosi żebyśmy obejrzeli film. Odpala „maszynerię” i na ścianie wyświetla się postać Adama Ferency, który mówi o drugiej wojnie światowej, III Rzeszy i pokrótce skąd wzięły się te tunele, w których obecnie się znajdujemy. Pierwsze o czym myślę to  dlaczego Ferency? Lubię tego aktora, ale w takim miejscu to powinien do nas przemówić Wołoszański. Wtedy można byłoby poczuć klimat 😉 . Można powiedzieć, że pokaz multimedialny wyręcza naszego przewodnika. Po obejrzeniu filmu idziemy dalej i dalej z przystankami na mało ciekawe  projekcje multimedialne. W pewnym momencie odnoszę wrażenie, że  mają  one za zadanie maksymalnie wydłużyć czas naszego pobytu i że są tak naprawdę jedyną atrakcją jaka była w środku. Czuję ogromny niedosyt i rozczarowanie. Jesteśmy w miejscu, które nosi nazwę „Podziemne Miasto Osówka”, a w środku praktycznie nic nie ma, tyko korytarze wydrążone w skale.
Pan Przewodnik oczywiście mówi nam, że wszystko z tych tuneli zostało wywiezione, że oni też nad tym ubolewają, że tam nic nie ma, że szukają z nadzieją , że coś znajdą, ale no jest, jak jest. Co kilkanaście metrów robimy przystanki na pokaz multimedialny albo na niezbyt porywające opowieści naszego przewodnika, w których dominuje TAJEMNICA !!! Generalnie z tego co przekazał nam przez cały nasz pobyt w tych podziemiach, to wszystko co dotyczy tych korytarzy jest tajemnicą. Począwszy od ich budowy, wyposażenia, skończywszy na przeznaczeniu. Powiem szczerze, że tajemnica jest słowem przewodnim tej wycieczki. Ostatni pokaz multimedialny dopełnia czary mojej goryczy. Na ekranie przedstawiono scenę wysadzenia w powietrze niemieckiej ciężarówki z rzekomym skarbem. No, to było dramatyczne – nawet nie chcę Wam tego opisywać. Po około 50 minutach wychodzimy na powierzchnię. Ściągam maseczkę, którą cały czas trzeba było mieć na twarzy i łapię  głęboki oddech. Cieszę się, że to już koniec. Cała nasza piątka odczuwa ulgę, że mamy już tą „atrakcję” za sobą. Wracając zachodzimy jeszcze do restauracji, gdzie wypijamy „na szybko” naszą wcześniej zamówioną  kawę. Jadąc do domu wszyscy zgodnie stwierdzamy, że nie była to wycieczka naszych marzeń.
Czy czas spędzony w podziemnym mieście był stracony? Nie do końca. Generalnie kilka ciekawych rzeczy można było się dowiedzieć. Natomiast nie było to nic takiego, co sprawiłoby, że po wyjściu z tuneli wszyscy byśmy głośno powiedzieli: „Lał, było super!” Przyczynił się do tego trochę nasz przewodnik, który sprawiał wrażenie już zmęczonego i chyba też chciał mieć nas jak najszybciej z głowy. Cały ten spacer był jakoś nienaturalnie wydłużany. Poza tym w środku nie było czego oglądać. Ja rozumiem, że z pustego i Salomon nie naleje, tylko zastanawiam się jak do takiej sytuacji ma się nazwa „Podziemne Miasto Osówka”? Cóż, to pytanie pozostawię bez odpowiedzi. W gwoli ścisłości dodam, że obiekt ten w swojej ofercie ma kilka wariantów zwiedzania. Być może one są dużo bardziej ciekawe. Może warto spróbować ?? 
Podsumowując: fajnie, że tam byliśmy, bo spędziliśmy rodzinnie czas, a tego nigdy nie za wiele. Przekonaliśmy się jak wygląda to „podziemne miasto”.  Każdy z nas wyrobił sobie swoją opinie. Obiekt zdecydowanie dla pasjonatów i osób wkręconych w klimaty Dolnego Śląska z okresu  II wojny światowej, ukrytych skarbów III Rzeszy, złotych pociągów, bursztynowych komnat  i tym podobnych historii. Ja osobiście na jakiś czas nie zamierzam schodzić do  podziemi 😉 .

 

The End