Niestety wszystko co dobre szybko się kończy i nasz pobyt w stolicy Portugalii też dobiegł końca. Dziś ostatni dzień, dlatego mamy zamiar spędzić go na luzie i pożegnać się z oceanem. Po szybkim śniadaniu i spakowaniu bagaży ruszamy w stronę metra. Po drodze wstępujemy na kawę do takiego lokalu, który każdego dnia mijaliśmy, a z różnych powodów nie było nam dane wejść do środka. Kawiarnia nazywa się „Fauna&Flora” i jest bardzo interesująca ze względu na swój wystrój.
Wewnątrz rośnie mnóstwo roślin, co nadaje przyjaznego charakteru całemu miejscu. Klientela to w zdecydowanej większości ludzie młodzi, którzy tak jak my z rana wpadli na kawę. Chociaż wystrój robi wrażenie to niepokojącą aurę wprowadza kobieta, jak nam się wydaje właścicielka, która cały czas chodzi po sali i kontroluje swój personel. Mimo, że robi to z uśmiechem na ustach i dba o każdy detal w kawiarni to wprowadza tym jakiś taki dziwny nerwowy nastrój. Zdecydowanie wolę typowe lizbońskie kawiarnie. Są one może mniej „strojne”, jednak rodzinna atmosfera, która w nich panuje jest bezcenna.
Pijemy swoją kawę, dzieciaki kończą przekąskę, dopijają soki. Następnie całą naszą czwórką lecimy na metro. Kolejny etap to stacja Cais do Sodre, pociąg, 40 minut jazdy i docieramy na plażę w Estoril. Dzień przepiękny, pogoda idealna. Portugalia żegna nas słońcem, które sprawia że wszyscy czujemy pozytywną energię.
Plaża praktycznie pusta. Rozkładamy nasze prześcieradło i … Dzieciaki biegną do oceanu. Ja zdecydowanie daje sobie na luz, bo woda jest naprawdę zimna. Wolę „wykąpać się w słońcu”. Generalnie cały dzień spędzamy na błogim leniuchowaniu i ładowaniu akumulatorów na podróż powrotną. Kiedy Marta z Hubertem po wodnych szaleństwach zalegają na prześcieradle, my z Ala idziemy na kawę do kawiarni, którą odkryliśmy kilka miesięcy wcześniej będąc na plaży w Estoril po raz pierwszy.
Jesteśmy ciekawi czy w „Jonas Bar” zaszły jakieś zmiany i czy przywita nas ten sympatyczny właściciel co poprzednio. W samym lokalu w zasadzie nie widać niczego nowego. Jesteśmy tylko trochę rozczarowani, bo nigdzie nie widzimy właściciela. No ale cóż, może ma dziś wolne. Restauracja jest niesamowicie położona, a pita tam kawa z widokiem na ocean smakuje wybornie. Poza tym panuje tam taki urlopowy nastrój. Ta spokojna i luźna atmosfera w „Jonas Bar” sprawia, że można tam spędzić cały dzień. Niestety czas zaczyna nas gonić. Dopijamy kawę i spacerem wracamy na plażę.
Z daleka widzimy jak Marta z Hubertem „smażą” się w słońcu 😉 . Pogoda mimo, że październik istnie wakacyjna. Żal kończyć nasz pobyt, ale niestety pora wracać do Polski, gdzie na takie chwile plażowania nie mamy już co liczyć. W naszym kraju jesień w pełni. Jestem tylko pełen nadziei, że będzie to polska złota jesień.
Kiedy podchodzimy do dzieciaków widzimy po Marcie, że coś się wydarzyło. Młoda podchodzi do Ali i zaczyna coś jej szeptać na ucho. Przy tym delikatnie odwraca głowę i kogoś nam wskazuje mówiąc głośniej, cyt: „Mamo, tam leży ucho prezesa!”. Oglądamy się za siebie i widzimy o kogo chodzi. Ucho Prezesa na wakacjach 😉 . Otóż obok naszego prześcieradła „rozbił” się wraz ze swoimi znajomymi aktor grających w „Uchu Prezesa” jedną z głównych ról. Okazuje się, że naszych rodaków można spotkać wszędzie. Jakoś tak wychodzi, że zamieniamy kilka zdań. Okazuje się, że oni tak jak my też dziś są ostatni dzień w Lizbonie z tym, że my mamy wylot wcześniej no i oczywiście lądowanie w Berlinie, a oni lecą do Warszawy.
Czas nieubłaganie mija. Chcąc oszczędzić sobie stresu związanego z podróżą na lotnisko zwijamy się z plaży dość wcześnie. Chcemy mieć spory zapas czasowy, żeby nie musieć się spinać. Cały nasz pobyt przebiegł pod znakiem luzu więc ten stan chcemy utrzymać do końca 😉 . Mimo, że jeszcze jesteśmy w Lizbonie, to już za nią tęsknimy i planujemy powrót. Dzieciaki też są pod wrażeniem. Mówią, że bardzo im się podoba i chętnie jeszcze raz wybiorą się z nami do stolicy Portugalii. Zwijamy manatki i idziemy na pociąg. Pora wracać. Droga na kwaterę mija nam błyskawicznie. Do mieszkania wchodzimy dosłownie na moment. Bierzemy szybki prysznic, przebieramy się, zabieramy bagaże i idziemy na metro. Potem już lotnisko, terminal, chwila oczekiwania, samolot, lot i witamy w Berlinie. Z lotniska na parking, ładujemy się do naszej Toyki i w drogę do domu. W Pile jesteśmy nad ranem. Umęczeni, ale i bardzo zadowoleni kończymy naszą lizbońską eskapadę z dzieciakami. W drodze powrotnej, przemierzając niemieckie autostrady, już myślimy kiedy znowu wrócimy do Lizbony i nie możemy się doczekać.