Sagrada Familia – Ostatni dzień w Barcelonie

Ostatni dzień w Barcelonie. Niestety wszystko co miłe szybko się kończy. Plan  na jego spędzenie został ustalony długo przed naszym wakacyjnym przyjazdem. Ala z Moniką przed przybyciem do stolicy Katalonii zarezerwowały przez internet prawie wszystkim bilety na zwiedzanie jednej z największych atrakcji miasta tj. Sagrada Familia. Dzieło życia wybitnego architekta Gaudiego, który ukochał Barcelonę, a jego budowle  upiększają miasto rozsławiając jego imię. Kiedy pytasz z czym kojarzy Ci się  Barcelona, to pierwsza myśl większości z nas (męskiej) odpowiada FC Barcelona i właśnie Gaudi. Czym jest Sagrada Familia? Wiedzą chyba wszyscy. To świątynia katolicka, która zaczęła piąć się w górę w roku 1882 roku. Jej budowa trwa po dziś dzień. Co ciekawe jest ona finansowana z datków wiernych oraz ze sprzedaży biletów wstępu do jej wnętrza. W 2010 roku Papież Benedykt XVI konsekrował świątynię nadając jej miano bazyliki mniejszej. Zakończenie budowy tego obiektu zaplanowano na rok 2026.
Więc jeśli chcecie pochodzić po terenie jednej z piękniejszych budów na świcie to radzę się spieszyć 😉 . Obiekt niewątpliwie wart zobaczenia nie tylko z zewnątrz, gdzie można podziwiać niesamowite trzy fasady, ale też trzeba wejść do środka.  Tak też robi prawie cała nasza ekipa oprócz mnie. Nie wiem czemu, ale ja jakoś nie mam potrzeby żeby zobaczyć ją od środka. Wolę poczekać na zewnątrz. Ale po kolei. Standardowo rano śniadanie, po drodze kawa u Chińczyka i metro.
           
Dojazd do Kościoła Świętej Rodziny odbywamy klimatyzowanym składem metra, co w upalny dzień jest nie lada gratką. Im bliżej jesteśmy stacji końcowej, tym tłum turystów gęstnieje. Wszyscy mają jeden cel. Zobaczyć nieukończone dzieło Gaudiego. Po wyjściu na stacji Sagrada Familia jesteśmy zaczepieni przez młodą roztrzęsioną kobietę, która ostrzega nas przed kieszonkowcami i prosi o to, żeby uważać na swój dobytek, bo przed chwilą miała nieciekawą przygodę. My mamy już swoje doświadczenia z kryminalną Barceloną i generalnie się pilnujemy. Wychodzimy ze stacji i jesteśmy praktycznie u stóp świątyni. Ludzi na około naprawdę sporo. Bilety, które dziewczyny kupiły są na konkretną godzinę. Ekipa ma jeszcze trochę czasu do wejścia dlatego postanawiamy obejść kościół, zrobić kilka zdjęć fasady i idziemy na lody. Szczególnie dzieciaki są z tego powodu szczęśliwe. Po lodach przychodzi czas na zwiedzanie. Umawiamy się, że ja poczekam w parku, który przylega do placu, na którym stoi kościół. Park ten jest taką zieloną enklawą ze sporym oczkiem wodnym, gdzie można się schronić przed słońcem.
Będąc kilka dobrych lat temu w Barcelonie również spędzałem czas na ławkach tego zielonego azylu. Teraz postanawiam, że zrobię podobnie. Kiedy załoga idzie zwiedzać wnętrza świątyni, ja zajmuję sobie miejsce na parkowym murku i tam oddaję się rozmyślaniom o przeróżnych historiach bardziej i mniej wzniosłych. Obserwując  turystów, czekam tam na powrót naszej ekipy dobrych kilkadziesiąt minut. Ludzi przez park przewija się naprawdę mnóstwo i  jest to cały świat. Robią zdjęcia, łapią chwilę oddechu w cieniu drzew, czy po prostu wcinają śniadanie, bo pora jest dość wczesna jak na Barcelonę. Fajnie tak siedzieć i gapić się na całe to międzynarodowe towarzystwo – można zaobserwować naprawdę ciekawe sytuacje 😉 .
Załoga wychodzi ze świątyni. Wszyscy są mocno „zajarani” tym co zobaczyli wewnątrz Bazyliki. Zgodnie twierdzą, że naprawdę warto zobaczyć kościół od środka i nie żałują tego ani trochę.
                 
Z porad praktycznych dotyczących zwiedzania Sagrady, to warto na pewno zaplanować sobie tą atrakcję a bilet radzę kupić wcześniej przez internet. Oszczędzimy czas nie musząc stać w długiej kolejce do kasy. Aaa, no i naprawdę uważajcie na kieszonkowców, których jest tam mnóstwo.
Co robimy dalej z tak wspaniale rozpoczętym naszym ostatnim dniem w Barcelonie?? Jedziemy na „naszą” plażę do Casteldefels. To znaczy część z nas, bo Marek i Julia, którzy są fanami FC Barcelona, chcą jechać na stadion żeby zobaczyć tą katalońską świątynię futbolu. Umawiamy się, że jak już ogarną tematy stadionowe, to do nas dojadą. Ten plan działań na ostatni dzień jest dobrze przemyślany co skutkuje tym, że  jesteśmy wzorowo przygotowani do plażowania 😉 . Ładujemy się do metra i jazda nad morze. Jesteśmy w Barcelonie już kilka dobrych dni i poruszanie się komunikacją miejską nie ma już dla nas tajemnic tym bardziej, że komunikacja ta nie nastręcza trudności i, że tak powiem, jest przyjazna pasażerom.
 „Lądujemy” na plaży, rozkładamy się na piasku i oddajemy się łapaniu promieni słonecznych. Mam tu na myśli starszą część naszej ekipy, bo młodzież w mgnieniu oka melduje się w morzu. Czas płynie na błogim lenistwie a  leżąc tak na gorącym piasku, rozmawiamy o tym jak fajnie udało nam się spędzić ten wakacyjny czas. Natomiast Natalia, Marta i Hubert  regularnie kursują na trasie morze – sklep z lodami. Późnym popołudniem dociera do nas Marek z Julią. Są pod wrażeniem stadionu i tego co tam mogli zobaczyć. Jako fani FC Barcelona są  prawie spełnieni, bo do pełni brakuje im tylko obecności na meczu, ale kto wie może innym razem, przy okazji  😉 .
Czas leci nieubłaganie. Pora się zwijać do domu. Podróż powrotna na naszą dzielnicę przebiega  bez żadnych problemów. Po drodze zastanawiamy się jak zakończyć ten nasz ostatni dzień i … Marek zaprasza nas do MUXI na wołowinę. Lokal ten tak nam się spodobał, że wszyscy, no prawie wszyscy się zgadzamy, że będzie to dobre miejsce na zakończenie naszej wizyty w Katalonii. Mówiąc „prawie” mam na myśli naszą młodzież, która nawet nie myśli wieczorem wyściubiać nosa poza próg mieszkania. Cóż, jest to ich decyzja. Chcą katować „Dom z papieru”, nie ma problemu.  W końcu mają jeszcze wakacje 😉 .
CDN…