Lizboński ogród zoologiczny

Kładziemy się spać. W nocy słychać jak pada deszcz. Alicja zrywa się skoro świt i pędzi do kościoła Dominikanów na msze odprawianą po portugalsku. My z dzieciakami w tym czasie smacznie śpimy. Budzimy się i nawiązujemy łączność z Alą. Postanawiamy, że bierzemy wszystko na plażę, ale czy tam trafimy to się zobaczy. Generalnie pogoda plażowaniu nie sprzyja – na niebie ciemne chmury a to wskazuje, że może dziś będzie jeszcze padać.  Po śniadaniu z dzieciakami szybko wychodzimy z domu i wsiadamy do metra.  Wysiadamy na Rossio i tam się spotykamy. Idziemy na kawę i  postanawiamy, że skoro pogoda kiepska to jedziemy do zoo. Ja parcia nie mam, ale dzieciaki na to hasło wykazują radość i to utwierdza nas, że dla nich będzie to trafiona atrakcja. Pakujemy się do metra i wysiadamy na przystanku Jardim zoologico. Z metra dosłownie 50 metrów i stajemy przed bramą ogrodu zoologicznego.
                             
Bilety  wstępu nie są tanie. Dla dziecka to koszt 14,50€, dorośli płacą 22€.  Kupujemy wejściówki i zaczynamy zwiedzać. Pierwsze wrażenie jest takie, że zoo czasy świetności ma zapewne daleko za sobą. Ogród zoologiczny w Lizbonie jest  nieco zaniedbany. Nie jest zbyt czysto i estetycznie. Generalnie czuję jakiś taki dziwny przytłaczający klimat.  Miałem wcześniej  duże wątpliwości do tego typu atrakcji i ostatecznie stwierdzam, że zoo nie jest fajne. Szczególnie chwycił mnie za serce widok leżącego szympansa z bardzo  smutnymi oczyma. Naprawdę ciężko to oddać słowami. Zwierzęta nie powinny żyć w niewoli. Co za straszna sytuacja!!! Więzienie dla zwierząt. Najbardziej  to widać po człekokształtnych. Najgorsze jest to, że dla wielu gatunków zoo jest jedyną alternatywą na przetrwanie. Jakim strasznym zwierzęciem jest człowiek, który do tego doprowadził.

Marta z Hubertem są zachwyceni, natomiast ja z Alą mamy nie za ciekawe odczucia. W zoo przeważały rodziny z małymi dziećmi. Młodzieży, ludzi bardziej świadomych czy dorosłych spotkać tutaj jest rzadkością. Jedną z atrakcji tego ogrodu jest przejażdżka nad całym obszarem kolejką linową. Wstęp na tę atrakcję jest wliczony w cenę zakupu biletu do ogrodu. Korzystamy z tej możliwości. Pakujemy się do wagoników i jazda. Z góry oglądamy  wybiegi dla zwierząt i co najfajniejsze panoramę miasta. Cała podróż trwa około 15 minut i jest miłą odmianą dreptania od klatki do klatki.
kolejka linowa nad lizbońskim zooOgród zoologiczny w Lizbonie ma na swoim terenie delfinarium, gdzie organizowane są pokazy tresury tych ssaków. Korzystając z tego, że tu jesteśmy chcemy to zobaczyć tym bardziej, że żadne z nas nigdy nie widziało tych zwierząt z bliska. Delfinarium jest zadaszonym amfiteatrem, u dołu którego jest duży kompleks basenowy, w którym delfiny demonstrują swoje zdolności. Pokaz odbywa się dwa razy dziennie. Pierwszy jest o godzinie  11.00, natomiast drugi o  15.00. My załapujemy się na ten o 15.00 i jest to  zwieńczenie naszego  pobytu w lizbońskim zoo. W kolejce do amfiteatru  ustawiamy się tak o 14:40. Na początku ludzi nie ma zbyt wiele, jednak w miarę upływu czasu jest ich coraz więcej. Wejście na teren pokazu odbywa się bardzo sprawnie. Mimo wielu osób chcących oglądać pokaz, wszyscy wchodzą bardzo szybko i bez problemu. Miejsc w amfiteatrze jest na tyle, że każdy może sobie usiąść i w komfortowych warunkach obserwować, to co trzy delfiny i ich trenerki mają do zaprezentowania. Jak wcześniej wspomniałem nigdy nie widziałem tych zwierząt z bliska. Te lizbońskie robią  na mnie ogromne wrażenie. To co wyprawiają w basenie  ze swoimi trenerkami jest po prostu niesamowite. Co ciekawe więź tych zwierząt z ich ludzkimi opiekunami jest ogromna –  to widać i czuć. Oczy tych ssaków podczas całego spektaklu są „uśmiechnięte”. Ich trenerki cały czas mają z nimi niesamowity kontakt. Po każdym triku ssaki są nagradzane przysmakiem. Całe show  trwa około 40 minut.


pokaz lizbońskich delfinów

pokaz lizbońskich delfinów
Po pokazie pakujemy się do metra i wracamy na Anjos, do domu. Po drodze pojawia się wyzwanie, bo nie mamy nic na obiadokolacje. Co gorsza uświadamiamy sobie, że jest niedziela i w  Portugalii podobnie jak w Polsce sklepy są pozamykane – oprócz Auchan. Dzieciaki idą na kwaterę, a my z Alą robimy zakupy w markecie. Wracamy do domu, jemy „szybki” obiad. W Lizbonie jesteśmy praktycznie już przedostatni dzień i chcemy go wykorzystać na maxa.  Na hasło wyjścia dzieci zgłaszają weto, bo mają kolejne odcinki „Domu z papieru” do obejrzenia. My postanawiamy iść na pobliski punkt widokowy. Po obiedzie z Alą zbieramy się i lecimy  na Monte Agudo.  Z naszego lizbońskiego domu  to około 10 minut spacerem. Idąc powoli ulicami pniemy się do góry. W pewnym momencie, będąc u szczytu wzniesienia  skręcamy w lewo w bramę i wychodzimy na niesamowitą miejscówkę, która okupowana jest głownie przez młodzież pijącą  piwo, wino i robiącą zdjęcia wspaniałej panoramy miasta. Atmosfera jak i widok super. Obowiązkowo wysyłamy kilka mms-ów i podziwiamy widok. Spędzamy tam około 30 minut, fajnych, leniwych, wyluzowanych,  klimatycznych minut.  Miejsce naprawdę warte, by je odwiedzić.
Niestety czas nas delikatnie pogania, zatem w końcu schodzimy w dół. Chcemy jeszcze wstąpić  do baru, który codziennie rano mijamy i który ma bardzo ciekawy wystrój. W tym lokalu rośliny rosną na ścianach a całe wnętrze jest w naturalnych kolorach zieleni, drewna z dodatkiem betonu. Kiedy tam zachodzimy niestety jest już zamknięte. Postanawiamy zatem zajrzeć do lokalu, który mijaliśmy wcześniej schodząc z Monte Agudo. Nazwy nie pamiętam, ale lokal typowo portugalski. W środku siedzą  lokalsi,  popijają piwko, kawę, wino. My zamawiamy wino lane z beczki. Siedzimy tam kilka miłych chwil. Wrażenie robi na nas barman. Facet wygląda naprawdę ciekawie. Ciężko mi go opisać.  Ala stwierdza, że mógłby zagrać role w jakimś filmie Tarantino 😉 .
Po kieliszku wina wracamy do domu i od razu trafiamy na awaryjną sytuację. Przed wyjściem wstawiam zmywarkę. Zamiast kapsułki wlewam płyn do zmywania naczyń i… było go ciut za dużo. Na szczęście dzięki szybkiej interwencji Marty i Huberta sytuację udaje się nam opanować bez większych strat. Dobrze, że  nasze dzieciaki są już ogarnięte i nie dały się zaskoczyć taką sytuacją.
 Szybka kolacja sporządzona z paczki chipsów oraz bananów i kładziemy się spać. Jutro ostatni dzień naszych wakacji. Zamierzamy wstać rano, spakować się i jechać do Estoril na plażę. Samolot mamy o 19:25, więc spokojnie wykorzystamy jeszcze kolejny dzień na wypoczynek.  Jesteśmy dogadani z naszą gospodynią, że nie musimy rano opuszczać mieszkania. Możemy pojechać na plażę, wrócić, wziąć prysznic i dopiero wtedy jechać na lotnisko. Taka sytuacja sprawia, że mamy duży komfort i możemy jeszcze jeden dzień spokojnie spędzić tak jak tylko chcemy. Mam nadzieję, że jutro pogoda pozwoli nam pożegnać ocean w słońcu. Póki co lecimy spać. 

 

CDN…