Gęsi w kościele – Katedra św. Eulalii

 

Ze wzgórza schodzimy praktycznie tą sama drogą, którą wcześniej wjeżdżaliśmy kolejką. Czas jest dobry więc podejmujemy decyzję, że powoli spacerkiem, oczywiście z obowiązkowymi przystankami na lody, idziemy do Katedry św.  Eulalii. Odpalamy nawigację i naprzód. Gdzieś w połowie drogi, przy stacji kolejki po drugiej stronie jezdni wstępujemy do baru, który jest niesamowicie położony.
           
Samo wejście jest niepozorne, ale kiedy przekracza się jego próg, widok zwala z nóg. Lokal nazywa się Salts Terrassa Bar Montjuic.  Pod barem położona jest pływalnia olimpijska na której w 1992 roku w ramach Igrzysk Olimpijskich odbyły się zawody pływackie. Teraz z tego obiektu korzystają mieszkańcy Barcelony. Widok z tarasu tego baru powala. Jeśli chodzi o jedzenie,  to serwują tam typowo szybkie przekąski. Widząc jak to wygląda  raczej bym nie ryzykował posiłku. Za to usiąść tam przy kawie, piwie czy winie i podziwiać widoki jak najbardziej.
           
Miejsce samo w sobie mega klimatyczne. Spędzamy tam kilka minut i postanawiamy, że idziemy dalej. Niestety im niżej tym widoki coraz mniej atrakcyjne. Przechodząc przez Parc de la Primavera  znajdujemy się w mieście, a konkretnie w dzielnicy El Poble Sec. Pierwsze co rzuca mi się w oczy to spokój i cisza. Dzielnica niepodobna do tych, na których już byliśmy. Tak jakby nie było tam ani turystów, ani mieszkańców. Dosłownie cisza  i spokój. Drugie natomiast to twórczość miejscowych „artystów”. Wiele parkujących przy ulicach aut ma pomalowaną a raczej zabazgraną  farbami karoserię. Nie spotkałem się z czymś takim nigdzie indziej. Dziwny to widok i w naszym kraju nie spotykany. Ale cóż, co dzielnica to obyczaj 😉 .

             

Z El Poble Sec na Barri Gotic, gdzie znajduje się Katedra św. Eulalii dzieli nas 30 minutowy spacer. Im bliżej jesteśmy gotyckiej dzielnicy, tym tłumy ludzi  gęstnieją. Powoli docieramy do Katedry. Na miejscu jest mnóstwo turystów, którzy mają taki sam plan jak my. Mianowicie chcemy zobaczyć słynne dziedzińce tej świątyni. Pod wiodącymi bezpośrednio na dziedziniec drzwiami tłum jest naprawdę duży. Staramy się wszyscy pilnować, żeby się nie pogubić. Przy wejściu do wnętrza stoją panowie i starają się zapanować nad całym towarzystwem. Robią to nadzwyczaj skutecznie, bo mimo tłoku wszystko idzie sprawnie. Poza tym wręczają kobietom chusty żeby mogły zakryć ramiona, a przy zbyt krótkich sukienkach czy spódnicach też nogi. Warto o tym pomyśleć przed odwiedzeniem tego miejsca i ubrać się stosownie, ewentualnie zabrać swoje okrycia, bo powiem szczerze, że wygląda to mało higienicznie i budzi we mnie mieszane uczucia. Co dziwne zostaje  przyjęte przez płeć piękną z pełnym zrozumieniem.  
Po wejściu do środka, pierwsze co odczuwam oprócz tłoku, to chłód jaki dają mury tej średniowiecznej świątyni i spokój jaki tam panuje. Samo wnętrze bardzo klimatyczne. Niewątpliwie największą atrakcją dla dzieci jest trzynaście śnieżnobiałych gęsi, które leniwie drepczą po średniowiecznych posadzkach. Skąd te gęsi? Tak w telegraficznym skrócie: ptaki te stanowią żywą pamiątkę męczeńskiej śmierci  Eulalii, którą torturowano, by zmusić ją do wyrzeczenia się chrześcijańskiej wiary. Dziewczyna dzielnie, bez słowa zniosła wszystkie tortury. Gęsi jest  trzynaście, bo Eulalia umierając miała tyle lat.  Legenda głosi, że gdyby zabrakło drobiu przechadzającego się po Katedrze to świątynia runie, a Barcelonę czeka straszliwy los.

 Robiąc obowiązkowe zdjęcia w pewnym momencie orientujemy się, że nie ma z nami Huberta. Początkowo myślimy, że młody może jest gdzieś w środku i robi foty. Zaczynamy szukać go wzrokiem, jednak nigdzie nie możemy go namierzyć. Pytamy się Julii, Marty i Natalii czy gdzieś go nie widziały. Dziewczyny mówią, że nie. Marek z Moniką też od momentu wejścia do środka nie widzieli Huberta. Robi się nam gorąco. Pierwsze o czym myślimy to telefon. Ala wyjmuje swój aparat, wybiera numer do młodego i okazuje się, że jego smartfon jest wyłączony. W  tym momencie robi się naprawdę nerwowo. Rozdzielamy się z Markiem i  z Moniką, zaczynamy szukać Huberta wśród tłumu turystów. Niestety nasze poszukiwania kończą się fiaskiem. Czas mija, młody telefon ma nadal wyłączony, kontaktu z nim nie ma żadnego. W  pewnym momencie przypominamy sobie to o czym dzieciakom dzień wcześniej mówiła Monika, cyt: „Kiedy ktoś się zgubi i nie będzie kontaktu między nami to spotykamy się w miejscu, w którym ostatnio się widzieliśmy”. Tak też robimy. Wszyscy wychodzimy ze środka z nadzieją , że młody będzie czekał właśnie tam gdzie ostatnio staliśmy całą nasza grupą. Idziemy w tamtym kierunku i w pewnym momencie Marek zauważa Huberta. Stoi dokładnie tam, gdzie się go spodziewaliśmy. Wizja wszczęcia poszukiwań pęka na szczęście jak bańka mydlana. Młody tak jak cała nasza reszta jest nieźle zdenerwowany. Jak się okazuje, Hubert  w pewnym momencie odszedł od nas bo poszedł za kobietą, która przypominała mu Alę. Kiedy się zorientował, że to jest pomyłka wrócił,  nas już nie było. Opowiada, że zaczął nas szukać, ale bez skutku i przypomniał sobie słowa cioci Moniki o tym co robić jak się pogubimy. Zgodnie z jej wskazówkami stał tam gdzie widzieliśmy się ostatnio całym składem. Okazuje się też, że telefon mu się wcześniej rozładował,  stąd problem z dodzwonieniem się do niego. Powiem szczerze, że ta cała sytuacja kosztuje nas dużo nerwów i negatywnych emocji. Na szczęście wszystko dobrze się kończy. To uzmysławia nam jak wielka jest odpowiedzialność, ciążąca na rodzicach i opiekunach podczas takich wyjazdów. Wystarczy moment nieuwagi i nieszczęście gotowe. Ta historia  kosztuje nas naprawdę wiele nerwów, ale też jest dobrą lekcją na przyszłość.
Po akcji  z zaginięciem Huberta, kiedy emocje nam opadły, czujemy duże zmęczenie. Raz, że młody zafundował nam taką historię, dwa mamy już w nogach trochę kilometrów, a trzy – słońce i temperatura robi swoje. Mimo to już tak na zakończenie dnia  postanawiamy jeszcze przejść spacerem i zobaczyć z zewnątrz  dwa domy Casa Mila i Casa Batllo zaprojektowane przez słynnego barcelońskiego architekta Gaudiego. Jesteśmy dobrze padnięci i generalnie robimy to już na oparach sił. Raczej bardziej z turystycznego obowiązku niż z powodu jakieś wznioślejszej potrzeby. Pierwszy mijany przez nas budynek to Casa Batllo. Dom niesamowity. Z zewnątrz fasada pokryta mozaiką, z kolumnami, które przypominają kości i innymi elementami rodem z filmów fantasy. Budynek ze swoją architekturą sam w sobie jest dziełem sztuki i nie bez przyczyny został wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Dosłownie pięćset metrów dalej stoi kolejne dzieło Gaudiego-  tym razem Casa Mila. Ten dom również widnieje na liście UNESCO. Dla tego budynku natomiast  charakterystyczna jest pofałdowana fasada i żelazne kute,  fantazyjne balustrady balkonów.  Do obu tych domów można wejść i podziwiać ich piękno od środka.
My jednak nie decydujemy się na taki wariant. Może następnym razem kiedy dane nam będzie jeszcze zawitać do Barcelony. Kto wie? 😉 .   Od Casa Mila do stacji metra Diagonal dzieli nas dwu minutowy spacer. Jesteśmy już tak umęczeni i my i dzieciaki, że postanawiamy wracać czym prędzej do domu. Po drodze dochodzimy do wniosku, że zasłużyliśmy sobie na dobrą kolację w MUXI i tak też po powrocie zamierzamy wszyscy spędzić wieczór.

 

CDN…