Na Belem zamierzamy skosztować najprawdopodobniej najlepszych pasteis w Lizbonie. Można je dostać w Pastelaria de Belem. Ciastkarnia ta mieści się przy ul. Rua de Belem 84-92. Wypiekane tam babeczki przez jakiegoś amerykańskiego reportera nazywane zostały „Świętym Graalem portugalskich wypieków”. Receptura ich wyrobu opiera się na przepisie zakonników z klasztoru Hieronimitów. Chcemy też zobaczyć pomnik odkrywców i zwiedzić słynną wierzę strzegącą niegdyś wejście do lizbońskiego portu. Zdajemy sobie sprawę, że będzie to zaledwie minimalny wycinek tej dzielnicy i typowo turystyczny, ale mimo to z entuzjazmem podejmujemy się „wyzwania”. Na Belem dostajemy się jadąc tramwajem. Pierwsze co robimy po wyjściu, to kierujemy się w stronę pomnika odkrywców. Do postumentu dochodzimy idąc brzegiem Tagu. Jedyne co mnie niepokoi to niebo. Jego kolor zwiastuje, że raczej na sucho z tej wycieczki nie wrócimy 😉 .
Sam pomnik ma 52 metry wysokości, kształt karaweli, na której umieszczono 32 postacie związane z odkryciami geograficznymi jakie poczyniła Portugalia w czasie kiedy to na świecie odkrywano nowe lądy. Sam pomnik robi spore wrażenie. Oczywiście nie obywa się bez pamiątkowej sesji fotograficznej. Pamiętajcie jeśli się tam znajdziecie, to patrzcie nie tylko w górę ale i w dół. Przed pomnikiem jest ułożona piękna mozaika w kształcie róży wiatrów. Wykonana jest z marmuru, a jej średnica wynosi 50m. Przedstawia ona mapę świata z zaznaczonymi na niej datami i miejscami odkryć geograficznych, których autorami byli właśnie portugalscy żeglarze. Mozaika ta to dar Republiki Południowej Afryki dla Portugalii.
Spod pomnika idziemy obejrzeć słyną wierzę Toor de Belem. Sama budowla wpisana jest do rejestru światowego dziedzictwa UNESCO. Mamy zamiar wejść do środka, jednak kolejka turystów i zaczynający kapać z nieba deszcz skutecznie nas od tego pomysłu odwodzą.
Podejmujemy szybką decyzję o powrocie do domu. Sęk w tym, że za bardzo nie mamy jak się z Belem wydostać. Na piechotę za daleko, a do najbliższego autobusu jeszcze sporo czasu. Na przystanek tramwajowy też spora odległość, a deszcz z kapiącego delikatnie zamienia się już w całkiem niezłą ulewę. Stoimy pod drzewami, gdzie na głowę nam nie pada i staramy się przeczekać. Niestety deszcz jest coraz bardziej intensywny. Decydujemy, że pędzimy na najbliższy przystanek autobusowy i tam będziemy myśleć co dalej. Po drodze zatrzymujemy się, hmm nie wiem jak nazwać to miejsce. Ciężko mi je też opisać. Jest to taka kładka biegnąca nad chodnikiem. W tym miejscu pod płytami chodnikowymi umieszczone są jakieś wentylatory, z których przez kratki leci na zewnątrz bardzo ciepłe powietrze. Postanawiamy, że chwile się tam ogrzejmy tym bardziej, że do przystanku zostaje nam jeszcze spory kawałek. Nie tylko my podejmujemy taką decyzję, bo w oka mgnieniu miejscówka zapełnia się przemoczonymi turystami. Mamy nadzieję, że w tym miejscu uda nam się przeczekać kiepską pogodę, lecz im dłużej tam stoimy, tym pada coraz mocniej. W końcu jednogłośnie stwierdzamy, że idziemy na przystanek. Przemoczeni docieramy do celu, wsiadamy do pierwszego lepszego autobusu, który właśnie podjechał. Po czasie okazuje się, że niestety nasz środek komunikacji nie jedzie w pożądanym przez nas kierunku. Kierowca widząc naszą konsternację z zatroskaniem daje nam wskazówki, jak i skąd możemy dojechać do domu. Po kilku minutach jazdy przemoczeni i już zmęczeni wysiadamy na przystanku tramwajowym. Żeby się stamtąd wydostać i dotrzeć do domu musimy wraz z tłumem turystów odstać swoje. Na pierwszy tramwaj się nie załapujemy. Podjeżdża kolejny, wsiadamy do środka i już bez problemu dojeżdżamy do Cais do Sodre. Tam „łapiemy” metro i docieramy do domu. Wszyscy jesteśmy wymęczeni, mokrzy i głodni, bardzo głodni 😉 .
W domu Ala robi ciepłą herbatę. Ja szybko się przebieram i lecę do marketu ogarnąć dla nas obiadokolację. W sklepie na porannych zakupach widziałem krewetki, a że my wszyscy je uwielbiamy i możemy jeść na kilogramy więc wybór jest prosty. Kilogram krewetek w markecie to koszt 10€. Do tego czosnek, oliwa no i świeża natka pietruszki.
Jeśli chodzi o natkę pietruszki to w markecie jej nie ma. Pędząc do domu z zakupami zastanawiam się, gdzie ja ją zdobędę, no i jak powiem sprzedawcy o co mi chodzi, bo za Chiny Ludowe nie wiem jak jest po angielsku pietruszka i to jeszcze natka, a co dopiero po portugalsku. Po drodze trafiam do takiego małego sklepu z owocami i warzywami. Na jego widok uśmiecham się, bo myślę sobie, że tu bankowo dostanę to czego mi potrzeba. Przed wejściem sprawdzam jak jest pietruszka po portugalsku. Odpalam translator, pokazuje panu o co mi chodzi. Facet się uśmiecha i wręcza mi okazały bukiet natki. Uradowany ze wszystkim składnikami potrzebnymi do zrobienia krewetek wracam na kwaterę. Potem już idzie błyskawicznie. Przez chwilę czuję się jak bohater w swoim domu 😉 . No i już wiem, że pietruszka po portugalsku to salsa 🙂 .
Teraz dla Was przepis na „szybkie” krewetki a la Zmysłami przez Świat 😉 .
Składniki:
krewetki, oliwa z oliwek, natka pietruszki, czosnek, sól, pieprz.
Sposób przygotowania:
Krewetki przyprawiam solą i pieprzem z tym, że pieprzu sypię symbolicznie. Dobrze jest jak chwilę to wszystko postoi ( kilka minut ) żeby krewetki „przeszły” solą. Oliwę rozgrzewam na patelni. Do niej wrzucam pokrojony w plasterki czosnek. Jak czosnek się zarumieni, dorzucam posiekaną natkę pietruszki. Czekam chwilę i do tego wszystkiego dodaję główny składnik czyli krewetki. To wszystko trzymam na patelni aż krewetki zrobią się czerwone. Trwa to kilka minut. No potem to już tylko na półmisek. Do tego bagietka i winko 😉 .
Przy posiłku zastanawiamy się nad jutrzejszym dniem. Wszyscy dochodzimy do wniosku, że karty rozda nam pogoda. Mamy nadzieję, że jutrzejszy poranek przywita nas słońcem. Hubert sprawdza pogodę i okazuje się, że ma być słonecznie. Jeśli tak faktycznie będzie, to coś się wymyśli. Wszak to Lizbona, planów nie ma co ustalać.
Natomiast co do Belem. Wrócimy tam na 100%. „Wgryziemy” się w tą dzielnicę i oczywiście w Święty Graal lizbońskich wypieków 😉 .
CDN…

