Targ Złodziei – Feira da Ladra

 

 Budzimy się skoro świt. Pierwsze na co patrzę to zegarek. Jest 06:00, totalna noc 😉 . Wyglądam przez okno z nadzieją na piękną pogodę i co ?  Dupa. Niebo zachmurzone i pada. Targ złodziei w deszczu? Kiepska pogoda nie jest sprzyjająca tej handlowej imprezie. Buszując przed wyjazdem w necie ustalam, że przy niesprzyjającej aurze targ zaczyna się nieco później. Wobec takiego obrotu sprawy z nieukrywaną radością kładziemy się ponownie do wyrka i ucinamy sobie porządną drzemkę. Wstajemy po godzinie 8. Spoglądam przez okno. Deszczu brak mimo, że chmury ołowiane wiszą na niebie. Budzimy dzieciaki, robimy szybkie śniadanie i szykujemy się do wyjścia.  Aaaaa… właśnie czym jest ten targ złodziei? Jest to najzwyczajniej w świecie targ. Dlaczego złodziei? Bo kiedyś na tym targu swoje interesy załatwiał lizboński półświatek. Teraz jest to zwyczajny, a raczej niezwyczajny targ staroci. Odbywa się on dwa razy w tygodniu. We wtorek i w sobotę. My trafiamy na sobotę. Ten niesamowity duży kram nazywany jest: „ Feira da Ladra” i odbywa się na Alfamie, a ściślej mówiąc na Campo de Santa Clara. 
Po „epickim” śniadaniu odpalamy nawigację i ruszamy w drogę. Trochę kluczymy krętymi lizbońskimi ulicami, ale w końcu po kilkukrotnym zagubieniu ścieżki trafiamy do celu. Co ciekawe im bliżej  jesteśmy tym częściej widzimy turystów z mapami i telefonami w rękach. Wiele osób podąża w tym samym kierunku co my 😉 . Wreszcie jesteśmy. Miejsce naprawdę niesamowite.
Mnóstwo stoisk z przeróżnym towarem. Faktycznie królują starocie. Generalnie kupimy tam wszystko. Ciężko mi to wymieniać. Na mnie największe wrażenie robi czapka żołnierza wojsk polskich z czasów tak mi się się wydaje  PRL-u. Fachowcem nie jestem w temacie militariów, nie wiem czy w Polsce taką można by było jeszcze dostać. Tam i owszem takowe cudo było w zasięgu ręki 😉 . Dzieciaki zachwycone, bo oczywiście też na stoiskach jest wiele przeróżnych zabawek. Są też rzeczy, których ani ja, ani Ala  przeznaczenia nie możemy odgadnąć.

 Jeśli ktoś chciałby napić się kawy, czy zjeść jakiś posiłek to też nie ma tam z tym problemu. Ludzi jest mnóstwo, ale co ciekawe nie ma tłoku. My chcemy kupić Ajuleiros. Przechodzimy kilkanaście stoisk, gdzie sprzedawcy oferują  płytki,  ale wiecie… Żadne nas nie zachwycają na tyle żeby poczynić zakupy. Ceny starych płytek bywały różne. Wahały się od 1 do kilku euro za sztukę. Oczywiście im więcej się ich kupiło tym cena była niższa.  Generalnie trzeba się targować, wybór naprawdę spory. Można  „wyrwać” coś interesującego, ale jak pisałem wcześniej, nas nic nie ujęło. Do tego dochodzi też pewna rozterka. Próbujemy  się dowiedzieć skąd są te płytki, jakie jest ich pochodzenie. Mówiono nam, że z budynków przeznaczonych do rozbiórki. Nie wiemy co o tym myśleć, bo chodząc ulicami Lizbony często można zauważyć ubytki płytek w fasadach kamienic. Nie wiemy czy pochodzenie tych na targu jest do końca legalne. Nie chcemy ich kupować i przez to wspierać dewastowania lizbońskich kamienic.

Hubert wychodzi z targu z zakupionym  portfelem z korka. Marta niestety nie znalazła nic dla siebie. Generalnie Targ Złodziei w Lizbonie  powinien być obowiązkowym punktem programu. My na pewno, jeśli będziemy mieli taką możliwość to tam wrócimy, bo klimat  rodem z polskich lat 80. Czasem chodząc między stoiskami mam wrażenie, że przeniosłem się w czasie i tylko język sprzedających oraz turyści są tego zaprzeczeniem 😉 .

Wychodzimy z Feira da Ladra. Pierwsze kroki kierujemy do małej lokalnej, no jakby inaczej, kawiarni. Uwielbiam te lizbońskie małe kawiarnie prowadzone przez Lizbończyków. Wystrój tych miejsc, stare stoliki, kafelki na ścianach.  Klimat jaki tam panuje zdecydowanie powinien być objęty projektem światowego dziedzictwa UNESCO. Mówię poważnie. Ta do której trafiamy też jest taka. Często łapię się na tym, że w takich miejscach mógłbym siedzieć godzinami obserwując jak toczy się w nich życie. Oczywiście przy kawie. Po małej czarnej idziemy  na plac Rosso do Casa Das Bifanas na bułkę. Poprzedniego dnia byliśmy zachwyceni tym miejscem i „bifanami”, które nam tam serwowano, więc postanawiamy to powtórzyć. Krętymi ulicami Alfamy przez Baixe docieramy do celu. Po drodze na obiad trafiamy już do komercyjnego miejsca, gdzie sprzedaje się portugalską ceramikę.

Sklep Luza przy Rua Kapela 16. Jeśli macie hopla na punkcie ceramiki, a ta portugalska jest naprawdę piękna, to z czystym sercem polecam ten sklep. Na pewno coś wybierzecie. Ala z Martą spędzają tam naprawdę sporo czasu. Nic nie kupują, ale wychodzą zachwycone. Kiedy dziewczyny buszują w sklepie, ja z młodym siedzimy na krawężniku ulicy i gadamy o pierdołach życia codziennego. Wiecie takie tam rozmowy między pokoleniowe.
 Pogoda w tym dniu nie jest naszym sprzymierzeńcem. Niebo pełne chmur, deszcz wisi w powietrzu. Nie stosownym jest pytać czy spadnie nam na głowy,  tylko raczej kiedy? W końcu pędzeni przez głód trafiamy na Plac Rossio. Pierwsze co rzuca się nam w oczy to kramik z pieczonymi kasztanami. Podobno najlepsze są na Placu Pigalle. My tam nie byliśmy, natomiast bez namysłu kupujemy jako przekąskę przed obiadem te z Placu Rossio. Dzieciaki wcześniej nie jadły tego przysmaku, o którym mowa była w „Stawce”. Pieczone kasztany smakują,  hmm jak pieczone kasztany 😉 .
Generalnie już czujemy smak bułki z mięsem z Casa De Bifanas. Niestety w lokalu jest taki tłok, że nie ma szans na stolik. Udaje nam się jednak złożyć zamówienie i siadamy przed restauracją. Taka opcja nie jest zbyt komfortowa, ale jak się nie ma co się lubi to…. Jesteśmy tak głodni, że w zasadzie nie ma to znaczenia gdzie zjemy. Niestety dziś bułki okazują się trochę rozczarowujące. Dzieciaki zauważają, że mięsa jest sporo mniej  niż w tych wczorajszych. I faktycznie tak jest. Zastanawiamy się dlaczego i okazuje się, że wczoraj robił je inny kucharz. Trafiliśmy po prostu na innego bułko-mistrza i to generalnie widać na talerzu. Mimo, że smakują wyśmienicie to małe rozczarowanie jest 😉 . Po obiedzie postanawiamy, że jedziemy zdeptać kolejną dzielnicę Lizbony. Tym razem pada na  Belem.

 

CDN…