Po przyjściu do domu komunikujemy naszym „milusińskim”, że zabieramy ich dziś na kolację „na miasto”. Taka alternatywa spędzenia wieczoru nie robi na nich najmniejszego wrażenia. Odzewu praktycznie żadnego poza minami w stylu „dajcie nam święty spokój”. Chyba całodniowe włóczenie się po Barcelonie dało im się we znaki. Młodzież stwierdza, że im wystarczy coś „na ząb” i NETFLIX !!! Niesamowite, ale prawdziwie. Potrzeby dzieciaków są całkowicie inne od potrzeb dorosłych i to zawsze trzeba brać pod uwagę przy tego typu wyjazdach. Powiem szczerze, że my jakoś też usilnie ich nie namawiamy do wyjścia. Jeśli nie chcą iść trudno, ich strata 😉 .
Dorosła część składu szykuje się w oka mgnieniu. Nie przeszkadza nam nawet zbytnio zimna woda w kranie. Jak się później okazuje na naszej dzielnicy była jakaś awaria wodociągów i już do końca naszego pobytu w Barcelonie co wieczór bierzemy zimny prysznic. Po początkowym szoku, w zasadzie nie stanowi to później już dla nas większego problemu. Ostatnie słowo do młodzieży i ruszamy jak my to nazywamy „pobujać się po dzielni”.
Restauracja „Muxia” https://restaurantmuxia.com oddalona jest od naszego mieszkania jakieś 5 minut spacerem. Można śmiało stwierdzić, że knajpa znajduje się po sąsiedzku. Przed lokalem stoją stoliki, które są w stu procentach pozajmowane. W środku też ledwo co udaje się nam znaleźć miejsce. W lokalu tłoczno, gwarno i wesoło. Sala restauracyjna jest dość obszerna. Co ciekawe nie ma tam żadnych boksów czy miejsc, które gwarantowałby jakąś intymność. Stoliki ustawione są w rzędach obok siebie co sprzyja integracji. Wszędzie roznosi się zapach pysznego jedzenia. Co ciekawe, zdecydowana większość gości to miejscowi. Turystów raczej nie widać, co odebrałem za dobry omen. Obsługa pracuje na najwyższych obrotach.
Odnoszę wrażenie, że ci ludzie obsługujący gości lubią swoją pracę. Miło mnie to zaskakuje, bo bardzo często zdarza się, że obsługa w restauracjach jest fatalna. Czasem ludzie zachowują się tak jak by pracowali za karę. Tu czegoś takiego nie ma. Co ciekawe, po sali „biega” również najprawdopodobniej właściciel. Dogląda wszystkiego, rozmawia z gośćmi. Naprawdę facet się stara i widać, że to lubi. Dostajemy kartę dań, z której niewiele rozumiemy. Zamawiamy dzbanek sangrii i zastanawiamy się co zjeść. Czuję się jak saper w czasie roboty. Jedyne co kojarzę z karty to krewetki i na nie też pada mój wybór. Marek zamawia sobie jakieś bliżej nieokreślone kiełbaski, Ala sałatkę, Monika poprzestaje na winie.
Kiedy po czasie kelnerzy przynoszą nam nasze dania i stawiają je przed naszymi oczami na stole, mamy mega ubaw. Moje krewetki wyglądają tak, jakby ktoś wyłapał całe krewetkowe przedszkole i położył na talerzu- są małe i surowe, tj. zamarynowane jedynie w soli. Uuuuuuu… Natomiast Marka kiełbaski są w wersji mini. Najnormalniejszym daniem okazuje się być sałatka Alicji. Po tym kulinarnym rekonesansie pozostajemy przy sangrii.
W trakcie naszego pobytu w restauracji dochodzi do ciekawej sytuacji. W pewnym momencie do lokalu wchodzi sześciu umundurowanych policjantów. Wszyscy postawni, wysocy, uzbrojeni po zęby. Na sali zapada cisza. Ja i chyba wszyscy goście mają wrażenie, że za moment Ci jegomoście położą kogoś na ziemię i zacznie się jakaś akcja. O dziwo do tych funkcjonariuszy podchodzi od razu właściciel restauracji, wskazuje im stolik, przy którym siadają policjanci i po prostu najzwyczajniej w świecie zamawiają sobie kolację. Kiedy zajmują miejsca, cała sala oddycha z ulgą, co daje się wyraźnie odczuć. Miejscowych „Gliniarzy” obsługuje sam właściciel. Obchodzi się z nimi jak z jajkiem. Gospodarz dba, by niczego im nie brakowało. Widać, że stróże prawa mają duży szacunek i poważanie. Chłopaki zjadają posiłek, wypijają po piwie bezalkoholowym. Co ciekawe nikt z tego powodu nie robi żadnej afery. Nikomu nawet do głowy nie przychodzi, żeby robić im zdjęcia, czy nagrywać jakieś filmy. Myślę, że w Polsce widok kilku policjantów uzbrojonych w długą broń, wchodzących do restauracji, baa pijących piwo bezalkoholowe, byłoby wielką sensacją. Tam nikogo to nie dziwi.
Po delikatnej kolacji wracamy do domu. Restauracja naprawdę zrobiła na nas bardzo pozytywne wrażenie. Obiecujemy sobie że wrócimy do „Muxi” już na konkretne jedzenie. To nie podlega żadnej dyskusji 🙂 . W mieszkaniu dziatwa katuje kolejne odcinki serialu: „Dom z papieru”. Trzeba towarzystwo położyć do łóżek. Dziewczyny też idą do swoich sypialni, a Marek i ja tradycyjnie zajmujemy balkonik, co by kultywować nasze nocne rozmowy. Przy kolacji w „Muxi” zapadła strategiczna decyzja odnośnie planów na jutrzejszy dzień. Wszyscy zgodnie stwierdziliśmy, że spędzimy go na plaży. Powiem szczerze, że po dzisiejszym intensywnym zwiedzaniu jest to bardzo dobry pomysł 😉 .
CDN…




