Rano pobudka, śniadanko. Pogoda za oknem nie napawa optymizmem. Mamy na dziś wyznaczony jeden główny cel. Chcemy zameldować się na najdalej wysuniętym kawałku Europy kontynentalnej. W średniowieczu sądzono, że Cabo da Roca to kraniec świata. W tym miejscu miała się kończyć ziemia, a zaczynać ocean nieskończony – Nieźle co ??
Robimy sobie pudełkową wałówkę i żwawym krokiem ruszamy na stację metra Anjos. Stamtąd jedziemy na Cais do Sorde, żeby tam wpakować się w pociąg, który ma nas zawieźć do Cascais. Z Cascais do Cabo da Roca można się dostać miejskim autobusem. Cena biletu w jedną stronę to 3,40€. W Cascais po wyjściu z pociągu mamy mały problem żeby namierzyć odpowiedni przystanek autobusowy. Pod dworzec kolejowy podjeżdża autobus prywatnej firmy „oferujący” przejazd na przylądek. Jednak cena biletu w porównaniu do podmiejskiego autobusu jest o niebo droższa. My zdecydowanie stawiamy na opcje ekonomiczną. Rozglądamy się chwilę po okolicy i lokalizujemy portugalski PKS, którego szukamy. Dworzec autobusowy jest po drugiej stronie dworca kolejowego. Nie idźcie tunelem pod jezdnią, bo wkroczycie w królestwo bezdomnych. W dzień oczywiście nikogo tam nie ma, ale zapach uryny jest, no jak by to powiedzieć, „masakrujący”. My przechodzimy tym nieszczęsnym tunelem, bo nie mamy świadomości, że można iść górą bez problemu przechodząc przejściem dla pieszych przez ulice.
Na dworcu trzeba wsiąść do autobusu nr 403. Korzystając z tego że do odjazdu mamy jeszcze „dobrą” chwilę, idziemy z powrotem na dworzec kolejowy zrobić zakupy w znajdującym się tam sklepie spożywczym. Wracając z załadowanymi plecakami widzimy, że nasz „dyliżans” jest już podstawiony. Kupujemy bilety, zajmujemy miejsca i w drogę. Podróż trwa około 30 minut. Kierowca nieźle zasuwa po krętych, malowniczych ulicach. Nasz autobus pnie się w górę niczym Zenon Jaskuła na alpejskim etapie Tour de France. Po chwilami szaleńczej, ale bezpiecznej jeździe, zatrzymujemy się przy latarni morskiej, której obecność oznacza, że dotarliśmy do naszego celu. Jesteśmy na Cabo da Roca. Mam dla Was taką praktyczną uwagę. Kiedy będziecie jechać na ten przylądek komunikacją miejską to pamiętajcie – wysiadajcie przy latarni morskiej !!! Nie sposób tego przeoczyć.
Nie wcześniej, bo będzie Was czekał jeszcze spory kawałek na piechotę żeby zameldować się na krańcu świata. Samo miejsce usytuowane jest na klifie, ogrodzone barierkami, które tak naprawdę mogłyby nie istnieć. Wiele osób nie bierze ich na poważnie i je przekracza, zbliżając się do krawędzi urwiska. To co zwraca moją uwagę to ciekawa roślinność. Nie wiem co to jest, ale widok tych roślin w czasie ich kwitnienia musi być niesamowity. Podczas naszego pobytu na przylądku pogodę mamy jak w bajce. Błękitne niebo. Słońce świeci przyjemnie grzejąc nasze twarze. Wyjeżdżając z Lizbony pozostawiliśmy za sobą ciężkie ołowiane chmury a tu taaaka pogoda! Robimy sobie oczywiście obowiązkową serię zdjęć. Przechodzimy przez barierki i idziemy na krawędź urwiska, oczywiście zachowując dużą dozę ostrożności. Widok niesamowity. Błękit nieba i oceanu, którego fale rozbijają się o skalne ściany klifów. Patrząc na siebie z Alą stwierdzamy, że możemy tam spędzić naprawdę dużo czasu. W zasadzie nic nie trzeba robić. Można tylko gapić się na ocean. Cóż, dzieciaki nie podzielają naszego punktu widzenia i ciągną nas na plażę, którą zresztą im obiecaliśmy.
Co do samego Cabo, to jest tam wytyczony turystyczny szlak pieszej wędrówki i powiem szczerze, że jest to bardzo interesująca opcja. My podchodzimy jeszcze pod latarnie morską, ale niestety jest ona zamknięta. Pod latarnią na murku zjadamy posiłek i postanawiamy, że wracamy. Autobusy z przylądka „odchodzą” co kilkadziesiąt minut. Czas oczekiwania na odjazd wykorzystujemy na łapanie promieni słonecznych.
Samo miejsce naprawdę magiczne – warte zobaczenia i spędzenia tam kilku dłuższych chwil. Mogę jednak śmiało stwierdzić, że nie jest to zbyt interesująca opcja dla dzieci, bo jak powszechnie wiadomo dzieci szybko się nudzą, a na Cabo da Roca atrakcji skierowanych pod adresem milusińskich po prostu nie ma. Z Alą postanawiamy, że przy najbliższej okazji wrócimy na kraniec świata i zostaniemy tam trochę dłużej i bez naszych podopiecznych 😉 .
Jazda autobusem w dół do Cascais to przygoda sama w sobie. Odnosimy wrażenie, że jest to ostatni kurs naszego kierowcy, że już obiad mu stygnie, bo zapieprza naprawdę zacnie. Wysiadamy przy dworcu autobusowym tam gdzie nasza podróż się zaczęła i idziemy na plażę. O ile na przylądku pogoda była fantastyczna, o tyle w Cascais już pozostawia wiele do życzenia. Słońce schowane za chmurami nie sprzyja plażowaniu, ale mamy to generalnie gdzieś. Dzieciaki są tak napalone na moczenie tyłków w oceanie, że nic ich nie może powstrzymać. No chyba że niska temperatura wody, bo w Atlantyku jest naprawdę zimna. Mnie tam by nikt końmi do wody nie zaciągnął, ale dzieciaki się przełamały i po chwili okupionej krzykami że zimno, pływały w wodzie.
CDN…




