Po około 100 metrach spaceru docieramy na brzeg. Plaża duża, bardzo szeroka, długa i co najważniejsze w porównaniu do Barcelonety czysta i praktycznie pusta. Nie ma problemu z rozłożeniem się w miejscu, w którym się chce. Powiem szczerze, że widząc to wszystko poczułem, że jestem na wakacjach i tak one powinny wyglądać.
O samej miejscowości wiele nie napisze, bo ograniczeni jesteśmy tylko do dworca, sklepu i plaży. Jedyne o czym chcę wspomnieć to, że  Leo Messi ma w tym miasteczku swój dom. W sumie to mu się nie dziwię, bo miejsce faktycznie piękne. Plaża od strony lądu otoczona górami, widok kapitalny. Sama nazwa miejscowości zostaje też na potrzeby naszego pobytu przekształcona. Nam się nazwa tej miejscowości kojarzy  z nazwą miejscowości Castel Gandolfo czyli miasteczka w którym znajduje się letnia rezydencja papieża i taką nazwą posługujemy się już do końca naszego wakacyjnego pobytu. Tak na marginesie to myślę, że papież spokojnie mógłby mieć też  w Castelldefens swoją letnią miejscówkę 😉 .

Infrastruktura plażowa bez zarzutu. Toalety, przebieralnie, prysznice, i ratownicy czuwający nad bezpieczeństwem plażowiczów. Do tego bar o  nazwie „Ibiza”, w którym można było zjeść – czego nie polecam i napić się piwa czy innych alkoholi. Oczywiście w asortymencie też kawa, herbata – wszystko co potrzeba. Niestety jak to w takich przybytkach jedzenie bez komentarza, drogo i  nie za czysto. Urzędnik sanepidu dostałby tam zawału.   

Podczas naszych wizyt na plaży raz jedyny dziewczyny zamawiają w tym lokalu jedzenie i jest to ogromna porażka. Do baru tego chodzimy na kawę i zimne piwo, ale to też okazjonalnie. Jedyne czego można pozazdrościć temu lokalowi to widok, bo siedząc przy kawie przed oczami ma się błękit morza. Generalnie często odwiedzamy sklep – zarówno dorośli jak i dzieciaki. My napoje, dzieci lody 😉 .
Czas spędzony na plażowaniu szybko się kończy i pora wracać do domu. Nie tylko my mamy takie odczucia. Jakoś tak jak na komendę ludzie zaczynają się „zbierać”.  Skrzykujemy dzieciaki i po chwili meldujemy się na dworcu, gdzie wraz z innymi czekamy na pociąg do Barcelony. Wszyscy opaleni, zadowoleni, zrelaksowani. Tak właśnie powinny wyglądać wakacje. Niestety ten sielski klimat psuje pewien incydent na dworcu. W pewnym momencie na peronie i ulicy do niego przylegającej pojawiają się funkcjonariusze Policji. Są to policjanci umundurowani i po cywilnemu. Na początku nie wiemy o co chodzi. Atmosfera generalnie robi się nerwowa. Zresztą  widać jest  po funkcjonariuszach, że są naładowani adrenaliną.  Kogoś, czy czegoś szukają. Po chwili w oddali zauważamy dwóch czarnoskórych mężczyzn i jak się okazuje to oni są w zainteresowaniu policjantów, którzy jak tylko ich widzą ruszają za nimi w pościg. Cała sytuacja trawa dosłownie chwile, ale atmosfera napięcia i nerwowości ogarnia wszystkich czekających na peronie. W rozmowach prowadzonych przez ludzi wnioskujemy, że Ci dwaj czarni mężczyźni dokonali jakieś kradzieży. Gdy nadjeżdża  pociąg, cała wiara pakuje się do wagonów. Mimo, że jedziemy pociągiem do domu a cała ta sytuacja pozostaje za nami, to każdy z nas ma swoje przemyślenia. Często podczas naszego pobytu w stolicy Katalonii rozmawiamy o naszym bezpieczeństwie. Każdy z nas też wyciąga z tych sytuacji swoje wnioski.
Po dotarciu do domu szybki prysznic. Stwierdzamy, że jest jeszcze w miarę wczesna pora i możemy się „polansować” po dzielnicy. My, mówię tu o dorosłych, chcemy gdzieś jeszcze „wyskoczyć”. Natomiast dzieciaki są już tak padnięte, że postanawiają zostać w domu. Szczerze mówiąc zbytnio ich od tego pomysłu nie odciągamy 😉 . Zbieramy się w oka mgnieniu, zostawiamy dziatwę, przygotowane dla nich jedzenie, picie i wychodzimy z domu. Pora faktycznie jest już dość późna z tym, że trzeba wziąć poprawkę na to, że jesteśmy w Barcelonie, a tu życie zaczyna się po godzinie 22.00. Pogoda jest fantastyczna. Jak na tak późny wieczór  jest bardzo ciepło. Po króciutkim spacerze zachodzimy do jednej z wielu knajpek, które znajdują się niemal na każdym rogu. Zamawiamy dzbanek zimnej sangrii z owocami, talerz kalmarów i w tych miłych okolicznościach przyrody snujemy plany na jutrzejszy dzień. Co ciekawe w knajpach jest mnóstwo ludzi. Całe rodziny z dzieciakami. Wszyscy jedzą, piją tocząc przy tym ożywione dyskusje. Widok iście południowy. Przy winku postanawiamy, że jutrzejszego dnia polecimy klasycznie jeżeli chodzi o atrakcje turystyczne Barcelony. Pada na Ramblę i Barri Gotic.
Po powrocie do domu dzieciaki zastajemy już ledwo „żywe” przed TV. Szybko gonimy towarzystwo do łóżek. Monika i Ala też kładą się spać, natomiast my z Markiem tak pięknie rozpoczęty dzień kończymy na balkonie popijając zimnego San Miguela i uskuteczniając rozmowy o życiu 😉 .

 

CDN…