Budzimy się wcześnie rano i pędzimy z Alą zrobić zakupy na śniadanie. Do sklepu z miejsca naszego zamieszkania trzeba przejść spacerkiem koło 10 minut. Fajnie się tak ruszyć rano. Miasto wygląda inaczej. Wszystko budzi się ze snu. Z samochodów dostawczych zrzucają towar przy małych sklepikach. Kawiarnie zaczynają wypełniać się ludźmi którzy idą do pracy. Lubię te poranki w Lizbonie.
Lidl jest otwarty od godziny 08:30. Jesteśmy wcześniej i całujemy klamkę. Do otwarcia jest jakieś 30 minut. Postanawiamy ten czas oczekiwania umilić sobie kawą. W pobliskiej kawiarni jesteśmy pierwszymi gośćmi. Siadamy przy stoliku stojącym na zewnątrz i przyglądamy się jak okolica zaczyna budzić się do życia. Jesteśmy przy małym ryneczku, gdzie miejscowi sprzedają lokalne produkty: warzywa, owoce, jajka, no i oczywiście owoce morza. Ludzie pomimo tego, że są w pracy uśmiechają się, zagadują i śpieszą się powoli. Tutaj stawia się na rozmowy, kontakt z drugim człowiekiem. Jakoś tak inaczej niż w Polsce, kiedy od rana w pośpiechu zapominamy o tym co najważniejsze. Jest w tym coś niesamowitego – popijając kawę, obserwujemy miejscowych i to jak żyją. Oczywiście na okoliczność naszego krótkiego spoczynku przy kawiarnianym nawiązujemy krótką konwersację z szalenie miłą starszą kobietą – właścicielką lokalu i z jej dwoma pracownikami. Słów pada mało, bo łamana angielszczyzna z dodatkiem portugalskich szeleszczących słów. Uśmiechów za to dużo, obopólnego zaciekawienia sobą i serdeczności również. Ech! Fajna to była kawa.
Gdy otwierają Lidla, idziemy wreszcie zrobić zakupy. Ceny porównywalne jak w naszym kraju. Mało tego, bardzo wiele produktów wychodzi taniej niż u nas. Czas nas nieco nagli, bo przecież na godzinę 11:00 mamy wykupione bilety do Oceanarium, a trzeba jeszcze z zakupami wrócić, przygotować śniadanie, jedzenie na drogę, no i „przebić” się przez miasto do naszej dzisiejszej atrakcji dnia.
W planie mamy jeszcze zabrać dzieciaki po wizycie w Oceanarium nad ocean. Ale co z tego wyjdzie ? Sami do końca nie wiemy. Oceanarium obowiązkowo, a co potem się zobaczy 😉 . Stwierdzamy, że taki plan dnia rysuje się idealnie. Po szybkim śniadaniu pędzimy oczywiście w stylu lizbońskim na metro, którym docieramy do stacji Oriente. Stamtąd już rzut kamieniem i będziemy na miejscu.
Po wyjściu z metra w oczy rzuca się nam dzielnica nowoczesnych wieżowców położonych nad brzegiem Tagu. Widok jakże inny od tego, który znamy tak dobrze, a który kojarzy nam się z Lizboną. Idąc wzdłuż rzeki bez problemu trafiamy do oceanarium. Kolejek przed wejściami nie ma. Wpływ ma na to chyba jeszcze wczesna pora i to, że wysoki sezon turystyczny jest już za nami. Do środka wchodzimy wejściem gdzie są wpuszczane osoby z biletami kupionymi przez Internet. To ważna kwestia, bo mając taki bilet w garści nie trzeba stać i tracić czasu w kolejkach do kas. Jak wspominałem jesteśmy już poza sezonem więc kolejek wielkich przed kasami nie ma. Wyobrażam sobie jak cała ta sytuacja mogłaby wyglądać w szczycie sezonu. Zapewne setki ludzi i dzikie tłumy brrr.
Sam budynek oceanarium nie robi na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia. Szczerze mówiąc przed wizytą czytałem, że jest to największy tego typu obiekt w Europie i patrząc na tą budowlę z zewnątrz jestem nieco rozczarowany. Tuż po wejściu do środka również nie widzę nic ekscytującego, aż do chwili dojścia do głównego akwarium. Nawet przez chwilę sobie pomyślałem: „Kurde, gdzie te najpiękniejsze w Europie oceanarium?” W trakcie mojego krótkiego żywota byłem tylko dwa razy w oceanarium. Było to dawno temu w Gdyni. Teraz jestem ciekawy jak będzie wyglądało to lizbońskie? Po wejściu do głównego obiektu i ujrzeniu tego jak to wszystko się prezentuje, po spędzeniu tam ponad dwóch godzin szczęka mi opada do ziemi. Do tej pory jestem pod ogromnym wrażeniem tego obiektu i tego co było mi dane tam ujrzeć. Nie tylko ja mam takie odczucia, bo cała nasza rodzina jest pod wrażeniem tego co nas tam spotkało. Miejsce to daje nam możliwość obejrzenia z bliska wszelkiego rodzaju stworzeń wodnych, których w naturze byśmy raczej nie ujrzeli. Ale może lepiej na początek zacznę od głównego akwarium, chociaż trudno to nazwać akwarium. Jest to potężny zbiornik z wodą w kształcie walca o objętości 5 tys. metrów sześciennych. Podobno to jest tyle wody ile mieści się w dwóch basenach olimpijskich. Przez szybę można podziwiać niesamowite stworzenia. Na nas największe ważnie robi ryba samogłów potocznie nazywana słonecznikiem. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego stworzenia. Zdecydowanie jest to, oczywiście według nas, król lizbońskiego oceanarium.
Poza „akwarium” jest jeszcze kilkanaście pomieszczeń większych i mniejszych, gdzie można podziwiać faunę i florę czterech oceanów: Indyjskiego, Antarktycznego, Spokojnego i Atlantyckiego. My spędzamy tam ponad dwie godziny, ale tak naprawdę można tam siedzieć i siedzieć i podziwiać piękno przyrody. Wszystko to na spokojnie bez pośpiechu, tak trochę na zwolnionych obrotach. Oczywiście, że wolałbym to wszystko zobaczyć w naturze, ale życia by mi zabrakło, żeby to co ujrzałem tam na miejscu ogarnąć w środowisku naturalnym. Do pełni szczęścia brakuje nam tylko wieloryba 😉 .
Wyjście z oceanarium oczywiście odbywa się przez sklep z pamiątkami. Więc jest szansa na zakup gadżetów, których jest naprawdę duży wybór. Od odzieży z logo oceanarium przez kartki pocztowe, ołówki i tym podobne materiały promocyjne. Oczywiście na miejscu można też coś zjeść czy napić się kawy. My jednak mamy w planie śniadanie pod „chmurką”. Dwugodzinny spacer sprawia, że jesteśmy głodni.
Czy trafimy nad ocean ? Gdzie nogi nas poniosą ? Jak skończy się ten tak wspaniale rozpoczęty dzień ? O tym w kolejnym poście.
CDN…




