
Na samej górze budowli znajduje się taras widokowy skąd można podziwiać panoramę Rzymu, co jest niewątpliwie dużą atrakcją. Poza tym pełni on ważną rolę w życiu społecznym Włochów. Jest miejscem organizacji obchodów świąt państwowych. Generalnie wcale mnie to nie dziwi, bo monument naprawdę robi duże wrażenie.
Potem idziemy jeszcze zobaczyć słynny pomnik wilczycy karmiącej braci Remusa i Romulusa, który jest jednym z symboli Rzymu. Szczerze mówiąc nie robi on na mnie większego wrażenia. Szczerze to miałem trochę inne wyobrażenie. A tu widzę nie za duży postument i wilczyca jakaś taka raczej do dzika podobna.
Patrząc na pomnik łapiemy z Olką małą głupawkę. Śmiejąc się od ucha do ucha obieramy kurs na hotel. Co ciekawe w tym miejscu nie ma praktycznie nikogo, żadnych turystów. Jesteśmy jedynymi przedstawicielami ludu zwiedzającego. Oprócz nas widzimy tylko randkującą parę młodych ludzi, która bardzo namiętnie zajmuje się sobą 😉 .
Gdyby nie okupująca krawężnik rozśpiewana grupa hiszpańskiej młodzieży, moglibyśmy powiedzieć, że to miejsce mamy wyłącznie dla siebie. Takie są uroki podróżowania poza sezonem turystycznym. Nie ukrywam, że bardzo mi to odpowiada, bo osobiście za tłumami nie przepadam. Czas mija nieubłaganie szybko. W zasadzie moglibyśmy tam tak siedzieć i siedzieć, natomiast nasze żołądki nie dają o sobie zapomnieć. Dźwigamy tyłki, wklepujemy adres Trattorii i śmigamy na kolację.
Zajmujemy sobie stolik. Kiedy siadam, czuję jak bardzo jestem zmęczony. Niby dziś nic wielkiego nie robiłem, ale wrażenia związane z lotem i pierwszym popołudniem w Rzymie robią swoje. Do stolika podchodzi kelner, podaje nam kartę dań. Wybór mógł być tylko jeden. Pizza i do tego wino. Będąc pierwszy raz w lokalu postanawiam, że nie będę kulinarnie ryzykował. Lecę w klasykę i zamawiam margherite. Olka bierze pizzę z anchua. Po chwili kelner stawia nam butelkę wina i kieliszki. W oczekiwaniu na posiłek wznosimy toast. Wino jest o niebo smaczniejsze niż te, które piliśmy po południu w Czarnym Orle. Oczywiście przeglądamy zrobione dziś foty i ekscytujemy się tym, co udało się nam zobaczyć. Przy okazji obserwuję, co dzieje się w restauracji. Od pewnego momentu do środka zagląda coraz więcej ludzi. Drzwi lokalu raz za razem otwierają się, witając nowych gości. Są to sami lokalsi, co jest dobrym znakiem, jeśli chodzi o jedzenie. Kto jak nie mieszkańcy dzielnicy wiedzą gdzie dobrze karmią. Wreszcie mamy na stole nasze zamówienia. Moja pizza jest na cienkim cieście i ma tylko dwa składniki, czyli sos pomidorowy i ser. Po włosku polewam ją oliwą i biorę pierwszy kęs.
Wpadam w zachwyt! Tak mało składników, a w smaku po prostu petarda. Szczególnie jestem zaskoczony smakiem sera, który okrywa całe ciasto. Nie jest to taki, jaki zwykle serwuje się w polskich pizzeriach. Tutejszy po prostu wymiata!! Na chwilę milkniemy i zajmujemy się tym, co na talerzu. Oczywiście opcja wymiany dań jest w takich sytuacjach nieunikniona. Szczerze mówiąc moja margherita smakuje dużo lepiej. Pewnie dlatego, że za anchios to nie przepadam. Włoskie kulinarne klasyki znikają błyskawicznie. Jesteśmy najedzeni i opici. W pewnym momencie podchodzi do nas kelner, proponując nam na zakończenie deser. Niestety odmawiamy, bo najzwyczajniej w świecie nic już nie wciśniemy 😉