Klasyki wieczorową porą i pizza

Widzimy skąpane w światłach Forum Romanum.  Nie czuję się kompetentny, żeby opisywać Wam wszystko, co znajduje się na tym terenie, ale powiem tylko, że kapitalnie oglądać to miejsce mając świadomość, że budowle mają tysiące lat.
Będąc kilka chwil w Rzymie orientuję się szybko, że potrzeba mnóstwo czasu, aby wgryźć się w to miasto. Niestety mamy go mało, bo zaledwie cztery dni. Podziwiając Forum „łapię” świadomość, że o ten Rzym tak praktycznie się tylko „otrzemy”.
Kolejnym punktem na naszej wieczornej wycieczce jest znajdujący się po sąsiedzku Ołtarz Ojczyzny, czyli pomnik Wiktora Emanuela. Człowieka, który odegrał dużą rolę w zjednoczeniu Włoch. Sam obiekt jest imponujący. Jego gabaryty i świetlna oprawa działa na wyobraźnię. Ola uświadamia mi, że powstał w nie tak odległych czasach. Budowę rozpoczęto w roku 1885, a zakończono w 1911. Obecnie jest to obowiązkowy punkt wszystkich wycieczek turystycznych.
Na samej górze budowli znajduje się taras widokowy skąd można podziwiać panoramę Rzymu, co jest niewątpliwie dużą atrakcją. Poza tym pełni on ważną rolę w życiu społecznym Włochów. Jest miejscem organizacji obchodów świąt państwowych. Generalnie wcale mnie to nie dziwi, bo monument naprawdę robi duże wrażenie.
Zmęczenie daje się nam już trochę we znaki i jesteśmy najzwyczajniej  głodni. Ten wieczorny spacer powoduje u nas duży wydatek energetyczny 😉 . Wracamy do domu niczym dwa leniwce 😉 . Zero pośpiechu – to dewiza szlajania się ze „Zmysłami”. Chłoniemy klimat Wiecznego Miasta. Jeszcze raz skręcamy w stronę Forum Romanum. Znajdujemy sobie punkt widokowy i ponownie napawamy się tym, co widzą nasze oczy.
Potem idziemy jeszcze zobaczyć słynny pomnik wilczycy karmiącej braci Remusa i Romulusa, który jest jednym z symboli Rzymu. Szczerze mówiąc nie robi on na mnie większego wrażenia. Szczerze to miałem trochę inne wyobrażenie. A tu widzę nie za duży postument  i wilczyca jakaś taka raczej do dzika podobna.
Patrząc na pomnik łapiemy z Olką małą głupawkę. Śmiejąc się od ucha do ucha obieramy kurs na hotel. Co ciekawe w tym miejscu nie ma praktycznie nikogo, żadnych turystów. Jesteśmy jedynymi przedstawicielami ludu zwiedzającego. Oprócz nas widzimy tylko randkującą parę młodych ludzi, która bardzo namiętnie zajmuje się sobą 😉 .
Mimo, że w planie mamy powrót do domu, to nie możemy się oprzeć i jeszcze raz idziemy zobaczyć Koloseum. Tym razem schodzimy na sam dół bezpośrednio pod mury tego najsłynniejszego na całym świecie amfiteatru. Z bliska robi jeszcze większe wrażenie. Siadamy na krawężniku i napawamy się  chwilą. Co ciekawe i w tym miejscu nie ma dużo ludzi, co jest niewątpliwym dużym plusem.
Gdyby nie okupująca krawężnik rozśpiewana grupa hiszpańskiej młodzieży, moglibyśmy powiedzieć, że to miejsce mamy wyłącznie dla siebie. Takie są uroki podróżowania poza sezonem turystycznym. Nie ukrywam, że bardzo mi to  odpowiada, bo osobiście za tłumami nie przepadam. Czas mija nieubłaganie szybko. W zasadzie moglibyśmy tam tak siedzieć i siedzieć, natomiast nasze żołądki nie dają o sobie zapomnieć. Dźwigamy tyłki, wklepujemy adres Trattorii i śmigamy na kolację.
Stajemy przed drzwiami wejściowymi lokalu da Andrea. W zasadzie z zewnątrz niczym szczególnym się nie wyróżnia. Przed knajpką stoi kilka pustych stolików. Nie wygląda to dobrze. Nie wiem czy to pora nieodpowiednia, czy może dla Włochów jest jeszcze za zimno, żeby siedzieć na zewnątrz? Cóż, zostawiam to. Niepewnie otwieramy drzwi i wchodzimy do środka. Pierwsze wrażenie jest takie, że jakoś tu pusto. Praktycznie nie ma nikogo.
Zajmujemy sobie stolik. Kiedy siadam, czuję jak bardzo jestem zmęczony. Niby dziś nic wielkiego nie robiłem, ale wrażenia związane z lotem i pierwszym popołudniem w Rzymie robią swoje. Do stolika podchodzi kelner, podaje nam kartę dań. Wybór mógł być tylko jeden. Pizza i do tego wino. Będąc pierwszy raz w lokalu postanawiam, że nie będę kulinarnie ryzykował. Lecę w klasykę i zamawiam margherite. Olka bierze pizzę z anchua. Po chwili kelner stawia nam butelkę wina i kieliszki. W oczekiwaniu na posiłek wznosimy toast. Wino jest o niebo smaczniejsze niż te, które piliśmy po południu w Czarnym Orle. Oczywiście przeglądamy zrobione dziś foty i ekscytujemy się tym, co udało się nam zobaczyć. Przy okazji obserwuję, co dzieje się w restauracji. Od pewnego momentu do środka zagląda coraz więcej ludzi. Drzwi lokalu raz za razem otwierają się, witając nowych gości. Są to sami lokalsi, co jest dobrym znakiem, jeśli chodzi o jedzenie. Kto jak nie mieszkańcy dzielnicy wiedzą gdzie dobrze karmią. Wreszcie mamy na stole nasze zamówienia. Moja pizza jest na cienkim cieście i ma tylko dwa składniki, czyli sos pomidorowy i ser. Po włosku polewam ją oliwą i biorę pierwszy kęs.
Wpadam w zachwyt! Tak mało składników, a w smaku po prostu petarda. Szczególnie jestem zaskoczony smakiem sera, który okrywa całe ciasto. Nie jest to taki, jaki zwykle serwuje się w polskich pizzeriach. Tutejszy po prostu wymiata!! Na chwilę milkniemy i zajmujemy się tym, co na talerzu. Oczywiście opcja wymiany dań jest w takich sytuacjach nieunikniona. Szczerze mówiąc moja margherita smakuje dużo lepiej. Pewnie dlatego, że za anchios to nie przepadam. Włoskie kulinarne klasyki znikają błyskawicznie. Jesteśmy najedzeni i opici. W pewnym momencie podchodzi do nas kelner, proponując nam na zakończenie deser. Niestety odmawiamy, bo najzwyczajniej w świecie nic już nie wciśniemy 😉 
Obserwując jak funkcjonuje lokal, dochodzę do wniosku, że jest to interes typowo rodzinny. Mężczyźni, którzy obsługują są do siebie trochę podobni. Do tego po sali krząta się starsza pani, która prawdopodobnie jest ich matką. Wydaje mi się, wręcz jestem przekonany, że jesteśmy w prawdziwej rodzinnej włoskiej trattorii i to jest dobre. Pizzeria nie wiedzieć, kiedy wypełnia się gośćmi. Atmosfera robi się naprawdę bardzo… Hmm i tu nie wiem jak to opisać. Po prostu czuć tu dobrą energię. Zaczynam rozumieć słowa Magdy Gessler, która w niektórych swoich programach kulinarnych podkreśla, że panujący klimat, uśmiech i radość, to podstawa dobrej restauracji, a już na pewno włoskiej. Tak jest i tu. Płacimy rachunek, do którego już doliczony jest napiwek. Ceny pizzy w tej trattorii zaczynają się od 7€.
Wychodzimy z restauracji zadowoleni i co najważniejsze najedzeni. Po drodze do naszej piwnicy planujemy jutrzejszy dzień, ale póki co nie możemy się zdecydować gdzie jutro się ruszymy. Opcji jest naprawdę bardzo wiele. Po kilku minutach spaceru docieramy na kwaterę. Teraz tylko pozostaje nam szybki prysznic i wyrko. Leżąc i przeglądając zdjęcia w swoich telefonach śmiejemy się i utwierdzamy w tym, że podróże są niesamowite. Jeszcze rano byliśmy w Płocku, a wieczorem właśnie układamy się do snu w Rzymie. Coś pięknego! Przed zaśnięciem ustalamy plan jutrzejszego dnia. Mamy do dyspozycji cały dzień. Postanawiamy, że jutro celem numer jeden będzie Watykan i Fontanna di Trevi. Czyli obowiązkowe punkty programu każdego turysty w Rzymie. Plan zacny, ale jak to wszystko się potoczy, tego nie wie nikt.
CDN…